7.05.2012

I will never be a memory.



Ten fanfic powstał dla osoby, która jest dla mnie bardzo ważna. Został stworzony dla niej i też jej zostaje dedykowany. Masaru, mój Synu, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Piosenka specjalnie też została użyta dla Ciebie, ponieważ wiem, jak bardzo lubisz Kowarete Iku Sekai. 






Ponieważ jest białe, jest powiedziane, że takim chce pozostać
Jest białe, jednak coś może sprawić, że się zabrudzi
Woda w małym naczyniu była krystalicznie czysta
Lecz powoli jej kolory zaczynały blaknąć

To ta ludzka niemoralność
Jedni ludzie blaknął przez innych
Planeta, na której żyjemy stała się wyblakła
Ludzie zaduszają się nawzajem

Jak opiszesz ten czas?
Kiedy drzewa zimno spoglądają na te budynki z wieżami?

Ziemia jest dotykana brudnymi rękoma.
Uprzejmość zniknęła, kwiaty więdną i umierają
I te ręce, bez serca
Mordują bez grzechu naszą przyszłość.


Jak co rano budziłem się, czując jak coś łaskocze mnie po nosie. Otwierałem wolno oczy i widziałem jego czerwone, rozsypane na poduszce włosy w kompletnym nieładzie. Prawie zawsze spał do mnie odwrócony tyłem, wtulając się w moją klatkę piersiową, a swoją zgrabną dupę ładował na moje kolana.

Kiedyś zapytałem go dlaczego właśnie w ten sposób zasypia i usłyszałem, że czuje się bezpieczniej, czując bicie mojego serca na swoich plecach. Zaśmiałem się wtedy jedynie i pokręciłem głową, nie komentując jego dziwnych zachowań.

Nie dało się jednak ukryć, że każde z nich kochałem na swój sposób i gdyby choć jednego zabrakło, to na pewno bym to odczuł. W końcu mieszkaliśmy ze sobą już ponad dwa lata, a prawie cztery byliśmy razem.

Tak naprawdę nie mogłem wymarzyć sobie lepszego życia. Miałem swój zespół, byliśmy sławni, bogaci i niemal niezniszczalni. Nikt ani nic nie było w stanie dotknąć nas w sposób, w jaki byśmy sobie tego nie życzyli.

Tak nam się przynajmniej wydawało.

Miałem przyjaciół, którzy byli mi jak rodzina, znałem wielu ważnych ludzi i przede wszystkim miałem Daisuke obok, a to przecież było najważniejsze.

Nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Bez wiecznych sprzeczek o różne bzdury, które polubownie rozwiązywaliśmy w łóżku, o wspólne śniadania, obiady, kolacje, spacery, zakupy… Nie wyobrażałem sobie mojego życia bez niego w nim.

Nie umiałbym bez Die’a cokolwiek zrobić. Nawet głupie ubranie się byłoby trudnością, gdyż zawsze przeszkadzał mi w tym i kiedy mieliśmy więcej czasu, to sprawiał, że w połowie założone spodnie lądowały na podłodze wraz z bielizną i koszulą.

Nigdy nie dał mi się ubrać za pierwszym podejściem, ale czy miałem o to żal? Za nic w świecie. Wiedział doskonale, że byłem w stanie zrobić dla niego wszystko.

Tak leżąc w łóżku, patrząc na jego śpiącą twarz i w myślach powtarzając, jak bardzo go kocham, byłem najszczęśliwszym facetem na całym świecie. Bo miałem po co żyć.

- Nie dajesz mi spać tym gapieniem się. – mruknął zaspanym głosem, uchylając jedną powiekę i próbując rzucić mi pogardliwe spojrzenie.

- Wcale się nie gapię. – skłamałem, choć oboje wiedzieliśmy, jak było naprawdę.

Często irytował się, że potrafię siedzieć i po prostu się na niego patrzeć, zamiast podejść i przytulić. Wybacz, to było silniejsze ode mnie.

- Kogo ty chcesz oszukać, kretynie? – usłyszałem ponownie jego głos, tym razem spod kołdry, którą naciągnął sobie na głowę.

Nic nowego. Bardzo często tak robił, żeby mnie sprowokować. Nie trzeba było, prowokował mnie choćby tym, że odetchnął głębiej, a co dopiero udawaniem niedostępnego.

- Może liczę na to, że uda mi się oszukać drugiego kretyna? – odpowiedziałem, mimowolnie się uśmiechając.

- A gdzie on jest? Myślałem, że mieszkamy tylko we dwoje. Nie wspominałeś, że masz zmyślonych przyjaciół, Niikura. Aż tak samotny się czujesz?

Ach, jak ja uwielbiałem jak wymawiał moje nazwisko. Zawsze robił to w taki sposób, że włoski podnosiły mi się na karku i niemal mogłem dojść od samego jego głosu. Tylko i wyłącznie Daisuke tak właśnie na mnie działał.

Jednym szarpnięciem zdjąłem z jego głowy kołdrę, a kolejnym ściągnąłem ją z niego niemal do połowy, po czym podniosłem się, usiadłem na jego biodrach, kiedy to udawał niezadowolonego, ale nie wyrywał rąk z uścisku, gdy unieruchomiłem mu je nad głową. Patrzyłem w jego piękne, ciemne oczy, a ciśnienie mimowolnie rosło, skupiając się powoli na dolnej partii ciała.

- No proszę, szukasz sobie swojego wymyślonego przyjaciela na mnie? Sądzę, że już dawno stałem się kimś więcej dla ciebie, ale skoro jednak się myliłem… - wydął wargi, a ja już wiedziałem, że mnie pokonał.

Nachyliłem się i pocałowałem go mocno, wpychając mu od razu język do ust. Słysząc jego jęknięcie, poczułem się jakbym wygrał na loterii i do tego dostał gratis litr whisky.

Oj tak, był moim uzależnieniem.

Kiedy oderwałem się od jego ust, obaj dosyć głośno dyszeliśmy, patrząc na siebie inaczej niż to miało miejsce wcześniej, bo wtedy jeszcze nie byliśmy podnieceni.

Czułem jak jego sztywny członek wbija mi się w brzuch i to sprawiało, że stawałem się jeszcze twardszy. Tego ranka nie mieliśmy ochoty na pieszczoty. Od razu przeszliśmy do konkretów.

Wszedłem w niego bez przygotowania. Wiedziałem jak bardzo to lubi, więc nie oszczędziłem mu ani ruchów, ani tym bardziej siły z jaką to robiłem. Co jak co, ale rano zawsze miałem jej najwięcej.

Co prawda dla niego miałem ją za każdym razem, kiedy tylko chciał, ale najlepszy seks mieliśmy od razu po przebudzeniu. Było w tym coś dziwnego i nienormalnego, aczkolwiek kręciło mnie to cholernie.

Uniosłem się wraz z nim i usiadłem, obejmując go rękoma w pasie. Pozwoliłem mu dowodzić i robić, co tylko chce, a on to idealnie wykorzystywał, zaciskając na mnie mięśnie i unosząc się powoli, by chwilę potem z całą siłą opaść  i sprawić, że byłem bliski szaleństwa.

Jęczałem, tak naprawdę nie kontaktując z otoczeniem. Liczył się w tym momencie tylko Die, jego rozgrzane, spocone ciało, gorące i ciasne wnętrze oraz jęki, które z siebie wydawał.

Wiedziałem, że pod tym „och, Kaoru, och, taaak”, kryło się „zdominuj mnie, teraz”. Nie odmówiłem mu i tego, kładąc go na plecach, opierając ręce po obydwu stronach jego głowy i doprowadziłem niedługo po tym do końca.

Doszedł wcześniej niż ja. Zazwyczaj tak było. Przyzwyczaiłem się już do tej lepkiej spermy na moim brzuchu, z którą potem chodziłem aż do chwili kąpieli, jaką odbywaliśmy wspólnie.

Daisuke twierdził, że tak właśnie ma być, bo lubił patrzeć na ubrudzonego mnie i myśleć sobie, że należę tylko do niego. Kręciłem wtedy nosem, udając niezbyt zadowolonego, ale tak naprawdę czułem się wspaniale.

Bo byłem tylko jego. A on był mój. Już na zawsze.

Po wspólnym śniadaniu oraz kąpieli, podczas której znowu uprawialiśmy seks, pojechaliśmy do studia. Byliśmy w trakcie nagrania nowego singla, więc musiałem być przy wszystkim, co się tam działo, a Die jeździł mi towarzyszyć, ponieważ jego partie były już dopracowane.

Teraz gnębiłem Kyo, który co chwilę walił fochy, że go nie słucham i nie biorę jego słów do siebie. Ale co mogłem poradzić na to, że nie zawsze pasowało mi to, że się darł? I to niekoniecznie do mikrofonu, ale na mnie?

Byłem liderem, ale też i jego przyjacielem. Nie pozwolę sobie, by wyżywał się na mnie tylko dlatego, że z Toshiyą im się nie układa. Nie były to jakieś pieprzone „rozmowy w toku”, ale studio nagraniowe i chcąc czy nie chcąc musiał się wziąć do pracy.

Po trzech godzinach Daisuke powiedział, że musi jechać załatwić pewną sprawę i że zobaczymy się w domu. Nie chciałem, żeby jechał, ale skoro musiał, to nie mogłem go na siłę zatrzymywać.

Pożegnaliśmy się i wróciłem do Kyo, z którym potem długo rozmawiałem i który zwierzył mi się, że Toshiya go zdradził w ich własnym mieszkaniu. Nie mogłem w to uwierzyć, gdyż myślałem, iż basista świata poza swoim partnerem nie widzi, ale się myliłem.

Wyobraziłem sobie jak wracam do domu i widzę, jak ktoś posuwa mojego Die’a na stole w kuchni i niemal nie wybiegłem ze studia.

Kawa z Kyo przedłużyła się do dwudziestej. Wokalista chyba poczuł się lepiej po rozmowie ze mną, albo tak mi się jedynie wydawało. W każdym razie wyglądał inaczej niż w studiu, a to chyba było już coś, no nie?
Pożegnaliśmy się i czym prędzej pojechałem do domu, pragnąc przytulić moje kochanie i usłyszeć, że kocha tylko mnie.

W domu byłem jakieś dwadzieścia minut później. Nie było korków, a więc i dojazd był wygodniejszy.

Wbiegłem po schodach na górę i złapałem za klamkę, kiedy stanąłem przed drzwiami, ale były zamknięte, co niebywale mnie zdziwiło.

Wyciągnąłem klucze z kieszeni spodni, przekręciłem w zamku i wszedłem ostrożnie do środka. Światło paliło się w salonie.

Zapewne Die zasnął przed telewizorem, jak mu się często zdarzało.

Nie śpieszyłem się wcale. Zdjąłem buty, odwiesiłem skórę do szafy i dopiero wtedy skierowałem kroki do salonu, który okazał się pusty.

Odruchowo spojrzałem na stolik, gdzie obok laptopa leżała biała kartka. Byłem pewny, że niczego tam nie zostawiałem. Pośpiesznie wziąłem ją do ręki i zacząłem czytać.


Długo myślałem nad nami i doszedłem do wniosku, że to nie ma dalej sensu. Nie kocham Cię, Kaoru. Nic poza seksem mnie z Tobą nie łączyło.
Wiem, powinienem powiedzieć Ci o tym wcześniej, ale jakoś nie mogłem. Nie miałem też odwagi stanąć i powiedzieć Ci to wszystko prosto w twarz, więc zachowałem się jak tchórz i po prostu uciekłem.
Zabrałem swoje rzeczy z Twojego mieszkania i wyniosłem się daleko stąd. Nie szukaj mnie, bo i tak nie uda Ci się znaleźć. Znajdź kogoś do zespołu na moje miejsce i do swojego życia, bo nie chcę, żebyś był sam i się obwiniał.
To ze mną było coś nie tak, wybacz mi. Naprawdę chciałem Cię pokochać, ale mi się nie udało. Może kiedyś mi wybaczysz i bez nienawiści będziesz mnie wspominał, a może i nie.
Chciałbym jednak być kimś, kto dał Ci choć trochę szczęścia, a nie samo rozczarowanie i ból. Możesz wierzyć albo i nie, ale mi też nie jest łatwo. Jeszcze raz Cię przepraszam. 

Daisuke.”

Nie mogłem uwierzyć w słowa, które przelał na ten kawałek kartki. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, które sprawiły, że miałem możliwość to wszystko przeczytać. Nie wierzyłem w to, że dzieje się to naprawdę.

Z kartką w ręce zacząłem biegać po mieszkaniu i zaglądać w każde miejsce, gdzie Daisuke miał swoje rzeczy. To prawda, zabrał wszystko.

Nie zostawił nic, co mogłoby dać mi choć cień nadziei i wiary w jego powrót.
Rozejrzałem się po pustym mieszkaniu i poczułem, jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Jak wewnętrznie zaczynam słabnąć i rozsypywać się na kawałki.

Przecież mówił, że mnie kocha w taki sposób, że… Że ja w to wierzyłem.
Ledwo znalazłem się na kanapie, po drodze biorąc butelkę whisky i otworzyłem ją. Pociągnąłem kilka porządnych łyków, po czym kaszlnąłem i spojrzałem z powrotem na kartkę, którą nadal trzymałem w dłoni.

Na kartkę, która była listem. Listem pożegnalnym. Od niego.

Spiłem się wtedy, będąc w tak wielkiej rozpaczy, w jakiej chyba nie byłem nigdy wcześniej. Nie, na pewno nie byłem, bo nikogo nigdy nie kochałem tak bardzo, jak jego.

Dla mnie życie się skończyło. Tak samo jak rozładowana bateria w moim telefonie sprawiła, że nie było ze mną kontaktu. To tak trochę jakbym przestał istnieć.

Piłem bardzo dużo, bo chciałem zakłócić ból, ale to niczego nie zmieniało. Jeszcze głośniej płakałem, wołałem go, a potem zasypiałem, by spotkać się z nim we śnie.

Kiedy się budziłem, od razu łapałem za butelkę. Bo przecież musiałem uśmierzyć ból. Choć na chwilę.

Pierwszą osobą, która zobaczyła mnie w stanie kompletnej ruiny był właśnie Kyo. Przyjechał, by się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Widziałem szok w jego oczach.

Na pewno nie spodziewał się, że zastanie mnie takiego. Ja też nie spodziewałem się, że moje dotychczasowe życie było kłamliwą iluzją.

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile Kyo walczył ze mną, żebym zgodził się wstać i iść do łazienki. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu zajęło mu umycie mnie, ubranie w świeżą koszulkę oraz bokserki, nakarmienie mnie i zaciągnięcie do łóżka, bym się położył.

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Dni i noce zlewały mi się w jedno, a jakakolwiek forma czasu przestała mieć znaczenie.

Kyo powiedział, że ponad tydzień próbował się ze mną skontaktować i że komórka Daisuke nie odpowiada. Że chyba zmienił numer.

Kazałem mu iść do salonu i wziąć stamtąd list, który najprawdopodobniej leżał na kanapie. Mimo tego, że były tam słowa, które torturowały moje pęknięte serce i rozszarpaną duszę, to miałem ją przy sobie, bo dawała mi dowód, że Daisuke nie był moim wyobrażeniem.

Że naprawdę mieszkaliśmy ze sobą i że chciałem spędzić z nim resztę życia. Że na dniach chciałem się oświadczyć…

Kyo po przeczytaniu jedynie spojrzał na mnie i pokręcił głową, jakby nie wierzył swoim oczom tak, jak i ja swoim nie wierzyłem za pierwszym razem. Ale skoro on widział to samo, to jednak nie mogłem sobie tego jedynie wyobrazić.

- Kaoru, nie możesz tak… Musimy jakoś cię podnieść. Coś zrobić. – odezwał się w końcu Kyo, a ja jedynie bardziej wcisnąłem twarz w poduszkę.

- Słyszysz mnie? Nie możesz siedzieć wciąż w domu i użalać się nad tym, co się stało. Nie możesz…

- A kim ty jesteś, żeby mi mówić co mogę, a czego nie?! Kim ty, kurwa, jesteś, co Nishimura? Gdybyś był taki idealny, to Hara nie wydymałby kogoś innego w waszym własnym mieszkaniu! – wydarłem się, patrząc na niego ze złością.

Widziałem jego szeroko otwarte oczy, w których pojawił się ból. Widziałem jego wyraz twarzy. Widziałem jak wstaje z łóżka, odkłada na stolik list od Daisuke i wychodzi bez słowa.

Uderzyłem w niego i czułem satysfakcję. Nie byłem jedynym, który cierpiał.

Kiedy usłyszałem trzask zamykanych drzwi, moja chora radość zniknęła. Przekręciłem się na plecy i spojrzałem w sufit, czując pustkę w środku. W takich właśnie momentach chciałem umrzeć.


- Będziemy ze sobą do końca, prawda, Kaoru?

- Oczywiście, Kochanie.

- A będziesz nadal, kiedy się obudzę?

- Nigdy cię nie zostawię samego. Nie bój się.

- Kaoś..?

- Tak?

- Dziękuję.


Kyo przyszedł ponownie jakieś dwa tygodnie później. Przeprosił mnie i stwierdził, że razem się podniesiemy. Na początku się stawiałem, ale z czasem spuściłem z tonu i nie powiem, że od razu zrobiło się lepiej, ale przynajmniej rzadziej myślałem o tym, na ile sposobów mogę zabić tego wrednego kurdupla.

Obecnie jedliśmy kolację, którą zrobiliśmy razem. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a ja sobie uświadomiłem, że obecność wokalisty stała się dla mnie niemalże codziennością. Wiedziałem, że rozszedł się z Harą, ale nie widziałem jak reagują na siebie, gdy się widzą, ponieważ działalność zespołu została zawieszona na czas nieokreślony, jednakże coraz częściej zastanawiałem się nad powrotem do życia z większą ilością osób w nim.

To byłby już znaczący krok, choć nie powiem, samo to, że potrafiłem się ubrać bez rozpłakania się w trakcie, to był swojego rodzaju sukces. Wcześniej miałem choćby problem z założeniem spodni.

Nim zjawiłem się w studiu minęły blisko trzy tygodnie. Chłopaki na mój widok zrobili zdziwione miny, nie wiedząc jak mają się zachować. Wyjaśniłem im, że nic się nie zmieniło i że nasz menadżer dał ogłoszenie na miejsce Daisuke.

Musiałem bardzo dobrze grać, by nie zauważyli, jak bardzo bolało mnie mówienie o byłym gitarzyście Dir en Grey.

Przybrałem maskę chłodnego, obojętnego lidera, pozwalając sobie jedynie w domu na emocje w obecności Kyo, który stał się jedyną osobą, która widywała prawdziwego Kaoru. Nie wiem, czy gdyby mnie zostawił, to czy dałbym radę stać twardo na nogach. Może kiedyś będę potrafił, ale na pewno nie teraz.

Nie wyobrażałem sobie spotykania się z innymi facetami, więc nawet nie próbowałem tego robić, bo wiem, że na żadnym bym się nie pokazał. Nie chciałem, nie mogłem, moje uczucia nadal należały wyłącznie do Daisuke.

Czy tego chciałem, czy też nie.

Mijały dni, które przemieniały się w tygodnie, one natomiast w miesiące, aż wreszcie minął rok. Byłem w o wiele większym stopniu sobą, jednak nadal czułem ból na myśl o tym, co miało miejsce przez ostatnie cztery lata mojego życia.

Na myśl o tym, jak bardzo byłem szczęśliwy przy czerwonowłosym mężczyźnie, który zostanie do końca mojego marnego życia jedyną miłością i największym marzeniem, jakie mogłem kiedykolwiek mieć.

Znaleźliśmy nowego gitarzystę, ale nie dorównywał zdolnościami swojemu poprzednikowi, jednakże starał się i to się dla nas liczyło. Poza tym był sympatyczny i bez słowa sprzeciwu wykonywał to, o co został poproszony.

W żadnym razie nie przypominał Daisuke.

Wróciłem właśnie do domu. Było po dwudziestej. Nie znosiłem tej godziny. 

Poszedłem od razu do kuchni z zamiarem zrobienia sobie kawy. Potrzebowałem takiej czarnej i mocnej, gdyż miałem dużo papierkowej roboty, którą na jutro musiałem skończyć.

Gdy zaczął dzwonić telefon, wziąłem go do ręki i odebrałem, nie patrząc nawet na wyświetlacz.

- Dobry wieczór, Kaoru. – usłyszałem głos starszej kobiety w słuchawce i zacząłem się zastanawiać, kim ona mogła być.

- Dobry wieczór. – odpowiedziałem suchym tonem, którego prawie zawsze używałem.

- Możesz mnie nie pamiętać, mój chłopcze. Jestem mamą Masaru. I dzwonię do ciebie w jego imieniu.

Zesztywniałem. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Zacisnąłem palce na blacie stołu, czując, że robi mi się słabo. Odetchnąłem parę razy, nie wiedząc, co mógłbym odpowiedzieć.

- Wiem, że na pewno jesteś zdziwiony, ale Masaru prosił mnie, abym zadzwoniła do ciebie i poprosiła, byś przyjechał do nas jutro. Wiem, że zniknął bez słowa i masz do niego żal, ale kiedy przyjedziesz, to dowiesz się, dlaczego tak postąpił. Ja naprawdę…

- Niech mnie pani posłucha. Nie interesuje mnie to, dlaczego Die chce się ze mną widzieć. Zostawił nas wszystkich ponad rok temu. Przestał już istnieć w moim życiu, więc proszę przekazać mu, że mam głęboko w dupie to, co on chce mi powiedzieć. – warknąłem, przerywając kobiecie.

Czułem, że złość zaczyna brać górę nad rozsądkiem i zapewne byłoby mi wstyd, że w taki sposób rozmawiam z kimś dużo starszym od siebie, ale nie potrafiłem nad sobą panować. Nie teraz, kiedy miałem wrażenie, jakby wszystko stało się parę godzin temu, a cała praca nad „powrotem do życia” poszła się najzwyczajniej jebać w krzaki.

- Synu, jeśli byś jednak zmienił zdanie, to wiesz gdzie jest mój rodzinny dom. Będziemy czekali na ciebie. – powiedziała miłym tonem głosu, a ja niemalże widziałem jej dobroduszny uśmiech na starej, pomarszczonej twarzy.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, sygnał zakończonego połączenia dał mi do zrozumienia, że przegrałem.

Nie spałem całą noc i większość dnia nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Nie chciałem dać im za wygraną. Nie chciałem jechać, ale nim się obejrzałem, siedziałem w samochodzie i jechałem w kierunku Prefektury Mie, gdzie urodził się Die.

Po drodze kupiłem kawałek ciasta, żeby nie zjawić się z pustymi rękoma, bo nie byłoby to kulturalne. Tak naprawdę nie wiedziałem jak mam się zachować, ale już postanowiłem.

Chciałem wiedzieć, dlaczego…

Zjawiłem się na miejscu godzinę później. Zaparkowałem przed dużym, starym domem i wyszedłem z auta, starając się iść obojętnym krokiem, choć tak naprawdę nogi się pode mną uginały. Nie wierzyłem w to, co się działo.

Zadzwoniłem do drzwi, w których chwilę później stanęła mama Daisuke. Postarzała się od ostatniego razu, gdy ją widziałem. Nawet nie pamiętam, kiedy to było.

Ucałowała mnie na powitanie, wzięła ode mnie ciasto i zaproponowała, że zrobi mi kawy. Spędziłem z nią gdzieś z godzinę, rozmawiając tak bardzo ogólnie, trzymając w dłoni filiżankę z parującym napojem. Byłem zdziwiony, że Die się nie pojawił, ale nie chciałem poruszać tej sprawy.

Jego matka chyba jednak to wyczuła. Położyła mi dłoń na udzie i uśmiechnęła się dobrodusznie.

- Czeka na ciebie na górze, kochanie. Tylko proszę cię, spróbuj choć trochę go zrozumieć, zanim pozwolisz, by złe emocje wzięły nad tobą górę. – powiedziała z miłym, sympatycznym uśmiechem, po czym wskazała mi schody, które doskonale wiem, gdzie były.

Spędziłem tutaj miesiąc wakacji z Daisuke, kiedy jego matka była w sanatorium. Kochaliśmy się chyba w każdym miejscu tego domu, po którym ciężko mi było się poruszać bez wspomnień. 

Podziękowałem za kawę i wolno ruszyłem w stronę pokoju jej syna. Czułem, że ręce mi drżą, ale nie mogłem się wycofać. Nie teraz, kiedy klamkę miałem w zasięgu ręki.

Nacisnąłem na nią i wszedłem do środka.

Pokój był na wpół oświetlony. Ciemna sylwetka Daisuke siedziała na parapecie, a on sam nie zwrócił praktycznie na mnie uwagi. Zastanawiałem się, czy nie śpi, ale wtedy usłyszałem jego cichy głos, mówiący o tym, bym zamknął drzwi.

Zrobiłem to i podszedłem do fotela, który stał niedaleko. Usiadłem, ułożyłem dłonie na kolanach i czekałem, nie mając odwagi się odezwać.

Cisza ciągnęła się w nieskończoność i kiedy już chciałem powiedzieć, że nie mam czasu i muszę wracać, Daisuke poruszył ręką, jakby urywał mi w połowie zdania, ale przecież milczałem…

- Długo zastanawiałem się nad tym, czy poprosić matkę, żeby do ciebie zadzwoniła. Wiedziałem doskonale, że rozłączyłbyś się, gdy tylko usłyszałbyś mój głos w słuchawce. Nie dziwię ci się, w końcu po tym, co zrobiłem i tak jestem zaskoczony twoim przyjazdem. Ja chyba nie chciałbym siebie widzieć na twoim miejscu. – odezwał się w końcu, a jego głos był cichy i jakby zmęczony.

Brzmiał o wiele inaczej, niż go zapamiętałem.

-Wiesz, chciałem…

- Zaczekaj, chcę ci najpierw wszystko wyjaśnić. – przerwał mi, a kiedy kiwnąłem jedynie głową, odetchnął głębiej, nadal siedząc plecami do mnie. – Tak naprawdę nie chciałem odejść w ten sposób. Nie chciałem zostawić po sobie jedynie kartki z krótkimi wyjaśnieniami. Chciałem zachować się jak mężczyzna, ale wiem, że bym nie potrafił. Nie mógłbym stanąć przed tobą i powiedzieć ci tego wszystkiego. Nie mógłbym, bo…

- Zdajesz sobie sprawę jak się poczułem? – nie wytrzymałem dłużej, musiałem się wtrącić.

Wstałem i zrobiłem parę kroków w jego kierunku, zatrzymując się za jego plecami. Patrzyłem na nie i miałem wrażenie, że coś jest bardzo nie tak, aczkolwiek nie wiedziałem co takiego. Czułem, jak złość i gniew zaczynają brać nade mną górę.

- Czytając, że nigdy mnie nie kochałeś, miałem wrażenie, jakbyś własnoręcznie wyciągnął moje serce z klatki piersiowej i zaczął je rozdzierać na kilkanaście kawałków, rozrzucając je po całym mieszkaniu, śmiejąc się przy tym histerycznie. Wyobrażasz sobie ile czasu zajęło mi stanięcie na nogi? Ile razy Kyo musiał mi pomagać się choćby umyć, bo ja pragnąłem umrzeć we własnym łóżku? W naszym łóżku, w którym tyle razy budziłem się przy twoim boku? Gdzie zasypiałem, przytulając cię do siebie? Gdzie się z tobą kochałem za każdym razem, kiedy tylko chciałeś? Wiesz ile mnie to kosztowało pracy, bo tobie znudziła się zabawa? – wyrzuciłem z siebie wszystko, zaciskając mocno dłonie w pięści ze złością, która roznosiła mnie od środka.

- Nie było to dla mnie zabawą…

- No jasne, przecież ty mnie jedynie nie kochałeś, dlatego odszedłeś, czyż nie? Bo znudził ci się mój fiut w twojej dupie i zapragnąłeś nowego, co nie?! – krzyknąłem, gdyż nie mogłem już wytrzymać napięcia, które we mnie rosło do niemożliwych rozmiarów.

Nie odezwał się po tym długo, a ja czułem się coraz bardziej jak idiota, jednakże nie zamierzałem go przepraszać. O na pewno nie.

Kiedy w końcu się odwrócił bokiem, zauważyłem, że jest o wiele szczuplejszy, aniżeli to zapamiętałem. Wyglądał o wiele gorzej niż wtedy, gdy wpadł w anoreksję. Nie wiem, dlaczego, ale coś ścisnęło mi wnętrzności.

- Nie zapragnąłem innego fiuta ani też innego faceta. – powiedział jeszcze bardziej zmęczonym głosem, po czym odwrócił się wreszcie przodem, a mnie coś aż szarpnęło. – Odszedłem, ponieważ dowiedziałem się, że mam raka i nie chciałem, żebyś patrzył jak umieram. Nigdy nie przestałem cię kochać. Nigdy nawet nie pomyślałem o tym, że mógłbym to zrobić, ponieważ byłeś, jesteś i będziesz jedyną miłością mojego życia, Kaoru. Moim sensem. Moim pragnieniem i moim marzeniem. Byłeś kimś, przy kim chciałem spędzić swoje życie, dlatego poprosiłem matkę, by do ciebie zadzwoniła. Lekarz powiedział, że zostało mi ostatnie paręnaście godzin. A ja chciałbym spędzić je z tobą. Chciałbym oddać ci resztę mojego nędznego życia. Chciałbym… - głos mu się załamał, a ja nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.

Gardło mi się zacisnęło, w głowie mi szumiało, a serce bolało tak bardzo, że nie mogłem stwierdzić, czy faktycznie nie pękło.

Zrobiłem parę kroków w stronę, gdzie siedział mój Daisuke i po prostu go przytuliłem. Czułem, jak słabo się we mnie wtula i zaczyna płakać, a ja płakałem razem z nim. Nie byłem w stanie zachować się inaczej.

Miałem wrażenie, że obejmuję same kości. Die był tak przerażająco chudy, że zacząłem się bać, iż mógłbym zrobić mu krzywdę.

- Przepraszam, Kaoru. Tak bardzo cię przepraszam… - szepnął jakiś czas później zachrypniętym głosem, a ja jedynie pokręciłem głową i wziąłem jego wychudzone ciało na ręce.

Zaniosłem go na łóżko, usiadłem, mając na kolanach tę drobną istotę i tuliłem do siebie jak największy skarb, jaki tylko mogłem znaleźć na tym bezlitosnym świecie. W głowie miałem pustkę, a w środku bolało tak bardzo…

- Chciałbym się z tobą kochać. Chciałbym po raz ostatni być tylko twój. Chciałbym poczuć się tak, jakby ten rok nie miał miejsca, a my dalej bylibyśmy w naszym mieszkaniu. Szczęśliwi. – poprosił mnie, a ja bez słowa sprzeciwu się zgodziłem.

Wiedziałem, że nie mógłbym mu odmówić, bo dla niego nadal jestem w stanie zrobić wszystko.

Położyłem go powoli na łóżko, rozebrałem, a on zakrył się, mówiąc, iż nie chce, bym się brzydził jego ciałem. Pogłaskałem go po policzku i powiedziałem, że bez względu jakby nie wyglądał, to kocham go i nigdy się to nie zmieni.

Wtedy odsłonił się, a ja poczułem jeszcze większy ból. Wyglądał jak szkielet jedynie naciągnięty skórą. Zero mięśni, zero tkanki tłuszczowej, zero konkretnego ciała.

Tylko skóra i kości.

Ale nie brzydziłem się nim, ponieważ był moim Daisuke Andou. Moją największą miłością, którą pozostanie na całe moje życie. Tego byłem pewien.

Całowałem każdy fragment jego ciała, pieściłem i kochałem dotykiem wszystkie miejsca, które znałem na pamięć. Znałem całe ciało mojego ukochanego, jego odruchy, sprawiłem, że jego oddech przyśpieszył, by z czasem przerodzić się w ciche westchnienia i jęki, które bardzo szybko mnie podnieciły, ale nie chciałem tego jeszcze robić.

Obecnie liczyłeś się tylko i wyłącznie on. Nie ja.

Rozgrzewałem go bardzo długo i dopiero wtedy, kiedy zaczął mnie prosić, wszedłem w niego powoli i delikatnie, wiedząc o tym, że przecież minęło tak dużo czasu, odkąd my ostatnio…

- Mocniej, proszę… - szepnął zachrypniętym głosem, a ja bez słowa sprzeciwu zacząłem brać go mocniej i szybciej, tak naprawdę nie chcąc zmuszać go do jakiegokolwiek wysiłku w tym stanie, ale on nie chciał być bierny.

Chwilę później siedział na mnie i poruszał się w górę i w dół, jęcząc mi coraz głośniej do ucha, a ja znowu zapomniałem o całym świecie, jaki mnie otaczał. Liczyłeś się jedynie mój Daisuke i to, że oboje byliśmy coraz bliżej szczytu.

Chyba po raz pierwszy w życiu udało nam się osiągnąć go razem.

Nadzy położyliśmy się do łóżka, on przytulił się do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim.

Pytał mnie o zespół, o tym, co u Kyo i Toshiyi, jak Shinya i jego żona, no i czy nowy gitarzysta jest choć w małym stopniu tak dobry, jak on.

Śmieliśmy się razem, wspominając stare czasy, nasze wzloty i upadki, gorsze i lepsze dni, usilnie starając się nie poruszać tematów, które sprawiają ból, choć obaj wiedzieliśmy, że i na nie przyjdzie czas.

Gdy zaczęło świtać, wziął mnie za rękę i spojrzał mi w oczy.

- Kiedy umrę, chciałbym, żebyś zajrzał do drugiej szuflady. Jest tam list, który dla ciebie napisałem oraz wisiorek, który chciałbym, żebyś wziął i go po prostu miał. Wiem, że będzie ci ciężko, ale wierzę, że dasz sobie radę beze mnie. I pamiętaj, że nigdy nie przestanę cię kochać.

- Ale…

- Kaoś, proszę cię. To dla mnie bardzo ważne. Chcę, żebyś nigdy nie zapomniał, że istniałem, bo wtedy umierałbym każdego dnia, bliski szaleństwa. Chociaż… Nie wiem, czy tam po drugiej stronie, gdzie będę, można umrzeć raz jeszcze. Choć wewnętrznie można umierać całe życie, więc…

Przerwałem mu, zamykając jego usta pocałunkiem. Nie mogłem wytrzymać emocji, które szalały we mnie na samą myśl, że niedługo go stracę, tuż po tym, jak go odzyskałem. Mimo wszystko nie docierało to do mnie nadal.

Daisuke objął mnie rękoma za szyję i odwzajemnił pocałunek, wzdychając cicho w moje usta. Nie trzeba było nam wiele, byśmy znowu zaczęli się kochać, ale tym razem bez pośpiechu, bez żadnej formy agresji.

Brałem go wolno, niemal delikatnie, wchodząc w niego do samego końca. Szeptałem mu, jak bardzo go kocham, jak szczęśliwy jestem przy nim, jak bardzo chciałbym, żebyśmy przeżyli nasze życia razem.

Odpowiadał mi, że oddaje mi swoje ostatnie chwile, że nigdy nie przestał mnie kochać i że zawsze będzie przy mnie, choć nie będę mógł go dostrzec.

Bolało.

Tym razem doszedł pierwszy, a ja niedługo po nim. Poprosił mnie, bym nie wychodził z niego jeszcze, bym pozwolił mu poczuć się jedynie moją własnością. Boże, jak bardzo chciałbym, żeby czas się cofnął, Daisuke nigdy nie odszedł ode mnie.

Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Czułem jedynie, jak Die się przekręca i wtula we mnie, ale przodem.

Nigdy tak przecież nie spał, więc tym bardziej mnie to zdziwiło, ale nie dałem rady otworzyć oczu i go zapytać.

Zasnąłem z jego dotykiem chłodnych palców na swoim policzku…


Pomimo upływu lat ja nadal czuję ten dotyk, kiedy kładę się do łóżka i powoli zasypiam. Czuję się jak wtedy, kiedy przeżyłem ostatnie godziny życia Daisuke wraz z nim.

Do tej pory wiele razy siadam wieczorem na kanapie i biorę do ręki kopertę, w której mój czerwonowłosy zostawił dla mnie list. Za pierwszym razem, gdy go czytałem, miało to miejsce tydzień po jego pogrzebie.

Jakoś wcześniej nie mogłem się w sobie zebrać, by go otworzyć.


Drogi Kaoru

Jeśli czytasz to, co jest tutaj napisane, to znaczy, że już nie żyję. Dziwnie pisać o sobie w formie kogoś, kto jest martwy, bo mimo wszystko siedzę na tym twardym krześle, czuję jak mój kościsty tyłek wbija się w drewno, a oddech mam nierówny i boli mnie głowa.
Dziwne, ale prawdziwe, bo wiem, że nie ma już dla mnie ratunku.
Wiem, że na pewno masz do mnie żal o wszystko po kolei, ale postaraj się mnie zrozumieć. Nie chciałem, żebyś oglądał to, jak z dnia na dzień umieram, jak wymykam się z Twoich rąk i jak bardzo boli mnie Twój troskliwy wzrok, którym na pewno byś na mnie patrzył.
Byłem tchórzem, Kaoru, ale nie potrafiłem inaczej. Myślałem, że jak Cię zranię, to Ty mnie znienawidzisz i moja śmierć przyniesie Ci radość, jednak wiem, że się myliłem. Wiesz, że przez cały ten rok siedziałem całymi dniami na tym pieprzonym parapecie i patrzyłem w okno z nadzieją, że w końcu może Cię ujrzę na podjeździe?
Że zaparkujesz swoje wiśniowe auto i wyjdziesz z niego tym dumnym krokiem, jakim tylko Ty chodziłeś?
Uwielbiałem na Ciebie wtedy patrzeć. Byłeś piękny i zawsze będziesz. Dla mnie jesteś najpiękniejszym mężczyzną na całym świecie. A świadomość, że mogłem być Twój przez ponad cztery lata sprawiła, że byłem najszczęśliwszym facetem, wiesz?
Poprosiłem moją matkę, by zadzwoniła do Ciebie. Wiem, że umrę niebawem, dlatego chciałbym spędzić z Tobą ten czas, który mi pozostał i w głębi siebie wiem, że się zjawisz. Ale wiesz, że ja nie mogę już dłużej czekać?
Wyjrzałem właśnie przez okno, bo w moich szybach odbił się blask świateł. Widzę Ciebie, Kaoru. Widzę Ciebie i Twoje zdenerwowanie. Po czym to poznaję? Właśnie po Twoim kroku.
Jest zbyt sztywny i zbyt bardzo próbujesz udać, że nic się nie dzieje. Mnie nie oszukasz, Kochanie. Ja uczyłem się Ciebie przez tak długi czas…
Świadomość, że jesteś na dole, sprawia, że kręci mi się w głowie, a ręce niemiłosiernie się pocą. Denerwuję się. Boję się panicznie, że stwierdzisz, iż nie chcesz mnie widzieć i wyjdziesz. Boję się tego tak bardzo, że właśnie zaczynam płakać.
Ja, Daisuke Andou, płacze ze zdenerwowania i paniki. Nie widziałeś mnie jeszcze takiego, prawda? Nigdy nie chciałem, byś widział mnie złamanego. Zawsze starałem się być dumny w Twoich oczach i chyba tak bardzo nie nawaliłem, prawda?
Słyszę, jak idziesz po schodach. Słyszę, jak powoli Twoje buty uderzają o kolejny drewniany stopień. Zaraz otworzysz drzwi i zobaczysz, czym się stałem przez ten rok, gdy czekałem na Ciebie.
Mam nadzieję, że mnie przytulisz. Bardzo tego potrzebuję.
Tęsknię za Twym ciepłem, za oddechem, za wszystkim, czym jesteś, Kaoru, więc pozwól mi choć tego wieczora być szczęśliwym i pozwolić mi powiedzieć, jak bardzo Cię kocham.
Stoisz przed drzwiami i naciskasz ostrożnie klamkę. Widzę odbicie Twojej sylwetki w szybie. Tak dużo czasu minęło od naszego poprzedniego spotkania.
Kaoru? Proszę, zostań. Proszę, kochaj mnie. Proszę, błagam Cię, nigdy nie zapominaj, że jesteś wszystkim tym, czego pragnąłem od życia.
Jesteś moim wymarzonym Księciem. Proszę, nie odchodź…

Twój na zawsze, Daisuke Andou.


Często stoję na balkonie, trzymam w palcach wisiorek, który mi zostawił na pamiątkę i patrzę w gwiazdy, rozmyślając o tym, czy kiedy w końcu się zobaczymy, to czy nadal będzie mnie tak mocno kochał. Ja nigdy nie przestałem i będę z tym trwał, gdyż Die jest tym jedynym, z którym pragnę być.

Już nie płaczę, już nie cierpię tak bardzo, jak po jego śmierci, ponieważ nauczyłem się z tym jakoś funkcjonować. Oczywistym było dla mnie to, że do końca zostanę sam, ponieważ nie urodził się taki mój drugi Daisuke i nawet nie chciałbym, żeby się urodził, gdyż mój jedyny czekał, aż moje życie tutaj na ziemi dobiegnie końca i znowu będziemy mogli być razem.

Na całą wieczność i jeden dzień dłużej.


To ta ludzka niemoralność
Jedni ludzie blaknął przez innych
Planeta, na której żyjemy stała się wyblakła
Rozpada się świat...

Czy obraz naszej cywilizacji jest obrazem jakiego chcemy?
Z powodu wojny pomiędzy egoistami
To nie płynęła krew, ale łzy naszej planety
Ziemia narodziła się biliony lat temu
Nasze życie to tylko kilka sekund w porównaniu do istnienia Ziemi
Zrobiliśmy coś, czego nie można naprawić
Nie wykorzystaliśmy swojego życia, aby pomóc Ziemi
Jednak poznaliśmy jej nieskalaną miłość

Koniec jest blisko, ale nie lękaj się, wciąż potrafię Cię kochać.




2.05.2012

Memories.




Smutek na twarzy prawdopodobnie jutro zniknie
Kiedy moje oczy umarły?
Co czeka mnie jutro, skoro bezsensownie śpiewam i żyję?
Sam w pokoju, kiedy moje serce krzyczy
Nie żartuj z siebie, nie oszukuj się…



Myślałem, że życie w samotności jest o wiele łatwiejsze, niż życie, które dzieli się z drugą osobą. Zawsze uciekałem od problemów, zamykałem się na świat i ludzi, wmawiając sobie, że tak powinienem robić. Że to jest właściwe wyjście.

Żyłem w ten sposób przez większość czasu. Obudziłem się z tego snu pewnego wiosennego ranka 2006 roku. Przetarłem ręką oczy, usiadłem i rozejrzałem się po swoim mieszkaniu. Było zrobione tak, bym czuł się w nim dobrze. Wszędzie ciemno, mrocznie i zionęło pustką. Tak, to moja przestrzeń i mój świat.

Tak, tak właśnie żył sławny Kyo Nishimura.

Czy ktoś, kto by tutaj wszedł, mógłby stwierdzić, że właśnie w takim miejscu mieszkam? Że po każdej próbie uciekam do domu, zamykam drzwi na klucz i oddycham spokojnie, starając się dojść z oddechem i atakiem paniki do ładu? Nie, zdecydowanie nie.

Nienawidziłem świata zewnętrznego. Nienawidziłem ludzi, którzy na mnie patrzyli z uwielbieniem albo pogardą. Nienawidziłem zapachu kwiatów, śpiewu ptaków i odgłosów miejskiego życia. Nienawidziłem świata tak mocno, że nie potrafiłbym opisać tego słowami, a najbardziej nienawidziłem samego siebie.

Czułem wstręt do  swojego ciała, umysłu i duszy, która w zastraszająco szybkim tempie we mnie gniła. Pleśniała, pokrywając wszystko od wewnątrz delikatnym puchem, który wcale nie był taki miękki jakby się wydawało. Po konfrontacji z nim obiekt tym pokryty zaczynał śmierdzieć i tracił swój ulotny urok. Tak samo jak moje wnętrze.

Odkąd pamiętam uwielbiałem robić sobie krzywdę. Zawsze, gdy była ku temu sposobność, raniłem się na wszystkie możliwe sposoby, czerpiąc z tego chorą satysfakcję, bo w ten sposób mogłem siebie nienawidzić jeszcze bardziej.

Sam nie wiem, kiedy to się zaczęło. Myślę, że po kolejnej nocy z moim ojcem. Zawsze wiedziałem, kiedy do mnie przyjdzie. Wyczuwałem go niemalże jeszcze wtedy, gdy posuwał moją matkę i szeptał jej szydercze słówka, w które ona wierzyła, a potem czekał, aż zaśnie i wychodził z sypialni.

Słyszałem w głowie jego kroki.



Sapiący głos, nie posiadający twarzy
Głos ociekający perwersją, nie posiadający twarzy
Należę więc do tatusia
Tak długo, aż się zadowoli,
…gwałcąc mnie.



Zawsze potrafił niezauważalnie przejść obok drzwi do pokoju mojej siostry i po cichu wejść do mojego. Drzwi zamykał na klucz. W końcu nie mógł sobie pozwolić na to, by ktoś go przyłapał.

Siadał na moim łóżku, odgarniał kołdrę i szeptał ciche „Tooru”. Nauczyłem się już po kilku pierwszych nocach z nim, że nie wolno mi udawać, iż śpię. Mój ojciec zawsze to wyczuwał, a wtedy był brutalniejszy, by uzmysłowić mi, że nic przed nim nie uda mi się ukryć. Odwracałem się wtedy do niego i patrzyłem bez słowa w jego oczy, w których, o ironio, kryła się czułość i miłość.

Ojca do syna. 

A może ojca do chłopca? Nigdy się tego nie dowiedziałem. Bałem się zapytać.

Podczas, gdy dotykał mnie, ustami badał każdy kawałek mojej skóry i szeptał słowa, które do mnie nie docierały, ja cierpiałem. Cierpiałem wewnątrz siebie, nie mogąc znieść tego, iż mój ojciec potrafi zrobić mi dobrze. W czasie seksu naprawdę umiał być niemalże czuły, choć przekonałem się o tym dopiero po wielu nocach, kiedy rzucałem się, płakałem i dusiłem kawałkiem materiału, który wpychał mi w usta, by nikt mnie nie usłyszał.



Moja słodka mamo, uśmiechasz się…
Śmiejesz się nieustannie, jakby twe serce
Miało się rozerwać na strzępy…
Śmiertelnie słodka mamo, postaram się
Powstrzymać nienawiść i wymioty,
Podczas, gdy mnie gwałcą…



Pozwalałem mu na wszystko, czego tylko zapragnął. Posuwał mnie na wszelkie sposoby i nakłaniał do rzeczy, które bez słowa robiłem. Nigdy nie sprzeciwiłem się mojemu ojcu. Nie po tym, jak prawie mnie skatował.

To było gdy miałem już 17 lat. Byłem w liceum. Poznawałem nowych ludzi, choć trzymałem ich na dystans. Nie mógłbym pozwolić, by którakolwiek z tych osób odkryła moją tajemnicę. Wtedy byłbym skończony, a mój ojciec sam sypałby kupki ziemi na moją trumnę. Tego jestem pewien.

Poznałem dziewczynę. Była śliczna. Miała długie, czarne włosy, małe, różowe usta i duże, ciemne oczy. Była niska i drobna, co mi odpowiadało, bo sam nigdy nie byłem wyrośnięty. Kwestia genów, choć mój ojciec o dziwo miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Jak Hara.

Zaczęliśmy się spotykać. Zawsze czekałem na nią po lekcjach aż i ona skończy swoje, a potem ją odprowadzałem do domu. Niestety nie byliśmy w jednej klasie.

Yosuke potrafiła wywołać na moich ustach uśmiech, bez względu na to, jak bardzo zły miałem humor. Sam nie wiem, co na mnie tak działało. Może po prostu miała dar.

Ukrywałem ją przed ojcem. Nie wiem dlaczego, ale bałem się, że może stać się jej coś złego. Albo co najgorsze, mój ojciec może powiedzieć jej coś, co sprawiłoby, że więcej nie chciałaby mnie widzieć, a ja nie mogłem na to pozwolić. Nie teraz, gdy odkryłem w sobie jakieś cieplejsze uczucia.



Tam się spotkaliśmy
A teraz nic nie mogę już zrobić…
Mimo to…
Spotkaliśmy się w tym mieście,
A teraz nie mogę już nikogo pokochać…
Chciałbym z tobą…
Wspólnie…


Yosuke znała się z moją siostrą, która kryła nasz związek. Sam nie wiem, kiedy tak naprawdę zaczęliśmy być razem. Nigdy nie poprosiłem jej o to, ale gdy się pokłóciliśmy, przyszedłem z kwiatami i płakałem. Ona również płakała. W tamtej chwili coś się zmieniło. Nie byliśmy już tylko przyjaciółmi. Pocałowałem ją.

Przez ponad pół roku udało mi się ukrywać jej istnienie przed rodzicami. Niestety, po pewnej awanturze z matką, kiedy zabrała mi telefon wszystko wyszło na jaw. Moja rodzicielka przeczytała wszystkie wiadomości z Yosuke i pokazała to ojcu. Ona się cieszyła, że kogoś znalazłem, ale ojciec wręcz przeciwnie. Widziałem jego wzrok, który na mnie spoczął, gdy jedliśmy kolację, a matka bez przerwy gadała, jak to fajnie, że jej synek ma dziewczynę.

Chyba po raz pierwszy miałem ochotę wsadzić jej widelec w oko i wyjść z jadalni.



Zobaczyłem w nocy znienawidzonego tatusia,
Który zawsze był przy mnie
Tak, jak zawsze, dziś również bierze mnie w posiadanie
Jego szeroko otwarte źrenice wypalają się na dnie mej pamięci
Mocno… Głęboko…



Tej nocy mój ojciec był moim oprawcą. Już od wejścia widziałem jego wściekłość w oczach i gniew w ruchach ciała. Nawet nie siadał. Poderwał mnie do góry i przycisnął do ściany. Wysyczał mi w twarz, że go zdradziłem. Że znalazłem sobie kogoś lepszego. I to w dodatku kobietę. Nie zrozumiałem.

Zapytałem go dlaczego jest tak wściekły na mnie, że przecież nic takiego nie zrobiłem, ale on nie odpowiedział, tylko uderzył mnie w twarz i rzucił na podłogę.

Tamtej nocy zgwałcił mnie bardzo brutalnie. Nie robił tego od dawna, bo przyjąłem taktykę, że lepiej jak mu się oddam, aniżeli weźmie mnie siłą. Chyba mu to odpowiadało, bo potrafił doprowadzić mnie do szczytu. Pamiętam, jak bardzo mi było po każdym razie wstyd. Było mi dobrze z moim własnym ojcem. Godne pożałowania.

Ale tamtej nocy nie było w nim delikatności ani czułości. Nie mówił mi już tych wszystkich słów, nie całował, nie dotykał. Po prostu mnie wziął, potem skopał i odepchnął. Wyszedł, mówiąc na do widzenia, że zawsze będę należał do niego i on mi to udowodni.

Przestraszyłem się. Jego ton sam w sobie był straszny, a co dopiero jeszcze sens słów…
Podniosłem się z podłogi, czując, że krew spływa mi po nogach. Byłem obolały, rozdygotany i przerażony. Poszedłem w tym stanie do pokoju mojej siostry i pierwszy raz otworzyłem się przy niej. Powiedziałem jej wszystko. Powiedziałem jak to się zaczęło, jak długo już trwa i co wydarzyło się dzisiaj.

Zobaczyłem jej łzy. Płakała przez całą moją opowieść. Płakała tak cicho, że nawet nie przeszkadzało mi to mówić. Gdy skończyłem, zapytała mnie, czy może mnie przytulić. Trochę się zdziwiłem, bo stan w jakim byłem, mnie samego obrzydzał i odrzucał, a ona chciała mnie dotknąć.

Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie jestem sam. Miałem siostrę.
Ograniczyłem widywanie się z Yosuke. Pytała dlaczego tak robię, czy mam inną, czy już mi się znudziła. Bolało mnie tak bardzo, gdy patrzyłem w jej smutne oczy i nie mogłem powiedzieć, że jest całym moim światem. Po prostu nie mogłem. Musiałem ją chronić.

W domu powiedziałem matce, że nie spotykam się z Yosuke. Specjalnie przy ojcu poruszyłem ten temat i widziałem, że spogląda na mnie. Musiałem tak postąpić. Postanowiłem z Ayamą, że tak będzie najlepiej. Może mój ojciec przestanie się nade mną znęcać.

I faktycznie tak się stało. Gdy przyszedł do mnie tej samej nocy, nie był już taki, jak przez ostatni miesiąc. Dotykał mnie i przepraszał. Okazał skruchę, ale ja mu w to nie uwierzyłem. Nigdy nie wybaczyłem mu tamtej nocy.



W moim martwym sercu
Miłość, czułość, wolność i pokój
Wyceluj swój palec
Żegnaj…



Nadszedł czas wakacji. Przerwa pomiędzy pierwszą a drugą klasą liceum. Rodzice Yosuke chcieli gdzieś pojechać, ale ona postanowiła zostać. Wtedy zapytała mnie, czy nie przyszedłbym do niej na jedną noc. Bałem się, cholernie się bałem.

Ayama wymyśliła, że coś wkręci rodzicom. Koniec końców stanęło na tym, że idziemy na imprezę do jej chłopaka. Matka się zgodziła, bo ja miałem jej pilnować. Ojciec też nie wnosił żadnych sprzeciwów.

Udałem się do Yosuke, a Ayama do swojego chłopaka, który jednak żadnej imprezy nie robił. Byli sobie we dwoje, z czego moja siostra się bardzo cieszyła. Ja natomiast obawiałem się nocy z Yosuke, ale nie było już odwrotu, gdy stanąłem przed drzwiami jej domu i zadzwoniłem dzwonkiem.

Kiedy mi otworzyła, dech zaparło mi w piersiach. Wyglądała pięknie. Miała na sobie krwistoczerwoną sukienkę, rozpuszczone włosy i delikatny makijaż, który podkreślał jej piękne, duże oczy. Zaprosiła mnie do środka, a ja niemal drżącymi dłońmi zdejmowałem buty.

Obejrzeliśmy dwa filmy, gdzie dopiero przy drugim Yosuke się do mnie przytuliła. Zapach jej włosów i ciała od razu uderzył w moje nozdrza i sprawił, że lekko zakręciło mi się w głowie, ale nie dałem po sobie niczego poznać. Objąłem ją i dalej wpatrywałem się w ekran, choć tak naprawdę ani na chwilę nie skupiłem się na filmie.

Zjedliśmy wspólną kolację, którą sama przygotowała i poszliśmy do niej do pokoju. Najpierw ja poszedłem się umyć, a potem ona. Gdy wróciła, siedziałem na łóżku. Jeśli wcześniejszy jej wygląd zwalał mnie z nóg, to teraz powinienem rozłożyć się na podłodze i błagać o tlen.

Była jeszcze piękniejsza niż wcześniej. Miała na sobie zwiewną, przeźroczystą koszulkę nocną, przez którą tak naprawdę wszystko było widać. Jej różowe sutki były lekko stwardniałe, zapewne przez powiew chłodnego powietrza, który wdarł się do pokoju, gdy otworzyła drzwi.

Okno było uchylone.



Chciałbym być jeszcze chwilę przy Tobie,
Chciałbym zostać u Twego boku
Dłużej nie jestem już w stanie powstrzymywać
Kryjących się za mym śmiechem łez słabości.



Sam nie wiem, kiedy oboje znaleźliśmy się na łóżku. Sam nie wiem, kiedy zaczęliśmy się całować, dotykać i pieścić, a tym bardziej nie wiem, kiedy znalazłem się w niej. Usłyszałem jej cichy jęk, który oznaczał, że chyba ją zabolało. Nie wiem. Nie miałem doświadczenia w tych sprawach. W końcu to mnie posuwał ojciec.

Zacząłem ją przepraszać, ale ona tylko się uśmiechnęła, po czym mnie pocałowała. Odebrałem to jako pozwolenie na dalsze ruchy w jej wnętrzu, co powoli i bez pośpiechu uskuteczniałem.

Nigdy nie zapomnę tej nocy. Nigdy nie będę w stanie wymazać jej z pamięci, bo była to najpiękniejsza rzecz, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. Wtedy po raz pierwszy powiedziałem jej, że ją kocham.

Wiedziałem już od tamtej chwili, że nikogo innego nie chcę w swoim życiu. Że właśnie Yosuke jest tą, którą kocham całym sercem i oddałem jej wszystko, co mam. Oczywiście nadal musiałem ją ukrywać przed ojcem i rodziną, ale wspierała mnie Ayama i  pomagała mi we wszystkim. Wtedy czułem, że nie jestem sam.

Miałem plany po ukończeniu szkoły. Chciałem znaleźć pracę, w międzyczasie się uczyć i wynająć jakieś mieszkanie, w którym mógłbym zamieszkać z moją ukochaną. Podchodziłem do tego bardzo poważnie i wiedziałem, że właśnie tego chcę. Został mi niecały rok do pełnoletności.



Z okna można dojrzeć wiśnię
Pod tą wiśnią chcę spać
Otulony w ciepło Twych dłoni…



Czas płynął, ja każdą wolną chwilę spędzałem na dwa sposoby – albo byłem u Yosuke i się uczyliśmy, albo uczyłem się sam w domu. Musiałem mieć jak najlepsze oceny, by móc z dobrym wynikiem skończyć liceum.

Wszystko szło dobrze i o nic nie musiałem się martwić. Nawet ojciec mi trochę popuścił, kiedy spostrzegł, ile czasu zajmuje mi nauka i jak zmęczony po tym jestem. Nie rozumiałem dlaczego stał się dla mnie tak wyrozumiały, ale w głębi siebie byłem mu za to bardzo wdzięczny. Oczywiście nigdy sam bym się mu do tego nie przyznał.

Z Yosuke spotykałem się równie często, jak i zostawałem u niej na noc. Jej rodzice mnie akceptowali i lubili mnie, a ja darzyłem ich sympatią chyba znacznie większą, niż tą, którą darzyłem własnych rodziców. Tak naprawdę tylko moja siostra mnie trzymała w domu przy zdrowych zmysłach. Ona, książki, oraz mój własny świat, który starannie tworzyłem sobie, gdy tylko kładłem się do łóżka i okrywałem kołdrą.

Byłem tam ja i Yosuke. Mieszkaliśmy razem, mieliśmy kota, ja pracowałem, a ona siedziała w domu z naszym dzieckiem i czekała na mnie z obiadem. Ja wracałem po pracy, siadałem w jadalni do stołu i jadłem, opowiadając jej jak mi minął dzień. Potem słuchałem jak była z naszym dzieckiem na spacerze, na zakupach i jak bardzo jest szczęśliwa, że jesteśmy razem. Po ślubie.

Tak, miałem zaplanowane już wszystko, nawet najmniejsze, nic nieznaczące szczegóły. I właśnie tak chciałem przeżyć swoje życie. Z nią. Tylko z nią.

Dwa tygodnie później mój świat się zawalił. Dokładnie w chwili, gdy przerabiałem kolejną próbną maturę z matematyki, które dał nam sensei, zadzwonił mój telefon. Myślałem, że to Yosuke, bo mieliśmy się wieczorem zobaczyć, ale nie znałem tego numeru. Odebrałem, bardzo niepewnie mruknąwszy w słuchawkę ciche „moshi-moshi”.



Wszystko dobiega więc końca
Scenę spowija ciemność
Pozwólcie mi wsłuchiwać się jeszcze chwilę w te głosy
Chciałbym zostać tu jeszcze choć chwilę…



Okazało się, że to była mama Yosuke. Zadzwoniła, by przekazać mi, że moja ukochana miała wypadek wraz ze swoim ojcem. Wjechał w nich samochód osobowy, a ich auto wpadło w poślizg i uderzyło w nadjeżdżającego z naprzeciwka tira. Oboje zginęli na miejscu.

Nie wierzyłem w to. Nie potrafiłem dopuścić do siebie tej informacji. To było jak kiepski żart, bądź głupi kawał na prima aprilis. Na pewno nie mogło być prawdą.

Zapytałem o adres szpitala, w którym teraz znajdowała się kobieta, po czym poprosiłem ojca, by mnie tam jak najszybciej zawiózł. Nie mówiłem o co chodzi. Nawet nie pytał, a więc i ja nie odzywałem się słowem. Pod szpitalem czym prędzej opuściłem auto i pobiegłem do środka.

Mama Yosuke czekała na mnie przy recepcji. Twarz miała czerwoną i mokrą od łez. Nie wiem dlaczego, ale mnie przytuliła. Trzymała mnie tak przez jakiś czas, a chwilę potem szepnęła, że Yosuke była w ciąży. W drugim miesiącu.

Mój świat rozpadł się wtedy doszczętnie. Sam nie wiem jak ustałem o własnych siłach na nogach.



Ciepły oddech wiosny muska moje plecy
Przywodząc na myśl wspomnienia
Płynące łzy mieszają się z krwią…



Spędziłem w szpitalu kolejne godziny, w domu nie robiłem kompletnie nic poza leżeniem w łóżku i gapieniem się w sufit, a na pogrzebie byłem ledwo świadomy tego, gdzie się znajduję. Nie docierało do mnie nic ani nikt nie potrafił dotrzeć do mnie. Ustawiłem barierę i chciałem w swoim cierpieniu zostać sam. Pogrążyć się w nim, zamknąć, przestać oddychać.

Z czasem przestałem odróżniać dzień i noc. Dla mnie wszystkie dni zlewały się w jedno, a ich istnienie nie miało względnie znaczenia. Moje życie się skończyło.

Nikt mnie nie dręczył, nikt ode mnie nic nie chciał. Nawet ojciec. Przestał całkowicie do mnie przychodzić po nocy, kiedy leżałem jedynie na łóżku, miałem rozłożone nogi i byłem zupełnie apatyczny. Nie rejestrowałem choćby tego, że we mnie jest. Nie liczyło się nic poza sufitem nad moją głową.

Miałem w dupie naukę, ludzi, którzy przychodzili ze szkoły i nakłaniali mnie do powrotu. Miałem w dupie jedzenie, picie i choćby oddychanie. Gdybym nie robił tego automatycznie, to zapewne już dawno znaleźliby mnie sztywnego w łóżku.

Jedyną obecność drugiej osoby, którą znosiłem, była Ayama. Siedziała obok mnie, trzymała za rękę i mówiła do mnie. Kiedy od czasu do czasu skierowałem na nią wzrok, widziałem w jej oczach łzy.

Dziwne, ja już nie pamiętałem jak się płacze. 



Gdyby uschnięte kwiaty mogły choć raz rozkwitnąć,
Tak pięknie, jak wtedy…
Tej jednej nocy spleść w ciemności duszę i marzenia…
Choćby tylko tej jednej nocy…
…Być blisko Ciebie.



Pewnego wieczora, poznałem to po ciemnościach, jakie powoli pochłaniały pokój, zacząłem czuć się źle. Byłem niezwykle słaby i nawet wstanie z łóżka było nie lada wyzwaniem. Gdyby nie to, że nie miałem kibla obok, to nawet bym nie wychodził. Ale musiałem się odlać.

Nie pamiętam jak doszedłem do łazienki, czy też tego, jak z niej wyszedłem. Poczułem jedynie jak moje ciało zderza się z twardą podłogą i krzyk matki. Krzyczała chyba moje imię. Ale tego nie jestem pewien.



Wynoszą mnie z pokoju numer 304…
Od tej pory, aby nigdy już Cię nie zapomnieć,
Będę unosił się na wietrze, wraz z płatkami wiśni
…Pamiętając Cię…



Obudziłem się kilka dni później w żywo oświetlonej sali, która niemal dokonała mordu na moich przekrwionych oczach, które po otwarciu od razu zamknąłem i dodatkowo zakryłem ręką. Tak było bezpieczniej. Zdecydowanie byłem przyzwyczajony do ciemności.

Usłyszałem niedaleko jakiś męski głos, ale nie należał do mojego ojca. Był o wiele młodszy, ale głęboki, trochę wibrujący z odrobiną chrypy. Coś zupełnie nowego, jeśli chodzi o głosy, które mnie prześladowały od śmierci Yosuke.

Ten ktoś mówił do mnie, że jestem w szpitalu, bo się odwodniłem. Że ledwo mnie odratowali i że muszę teraz odpoczywać.

Po co mi były te informacje? Bardzo niedobrze, że mnie uratowali. Gdybym umarł, byłoby o wiele lepiej.

Poczułem wtedy ciepłą dłoń na mojej lodowatej. Chciałem wyrwać rękę, ale nie miałem na to siły. Głębszy oddech sprawiał mi problemy, a co dopiero gwałtowne ruchy. Póki co mogłem o tym na jakiś czas zapomnieć.

Odsunąłem rękę od twarzy i powoli otworzyłem oczy. Wszystko było zamglone, rozmyte, ale z każdą kolejną chwilą obraz nabierał ostrości i było mi łatwiej rozróżnić otoczenie.

Po raz pierwszy od miesiąca się zdziwiłem. Widząc osobę, która trzymała  mnie za rękę, nie mogłem uwierzyć, że naprawdę siedzi obok. To było wręcz abstrakcyjne.

- Co ty tutaj robisz? – wychrypiałem, mając wrażenie, jakbym nie używał strun głosowych od wieków.

- Siedzę i cię pilnuję. Jak tylko wyjdziesz ze szpitala, wracasz do szkoły i ratujesz to, co jeszcze się da. – odpowiedział ze stanowczością nie kto inny, jak Tatsurou Iwakami.

Osoba, z którą nigdy się jakoś nie lubiłem. Byliśmy razem w tej samej szkole, ale chłopak był ode mnie znacznie młodszy. Nie rozumiałem, dlaczego właśnie on się wpieprza w moje sprawy, ale nie zamierzałem być bierny i się zgadzać.

- Słuchaj, jeśli myślisz, że pozwolę ci wpierdalać się buciorami w moje życie i…

- Ależ ja niczego nie robię, Tooru. Ja jedynie chcę ci pomóc, bo wiem, że jestem jedyny, który potrafi. – wtrącił, urywając moją wypowiedź, po czym wstał, nachylił się nade mną, musnął moje czoło ustami i uśmiechnął się mówiąc, że przyjdzie jutro.

I najzwyczajniej wyszedł. A ja leżałem i czułem, jak usta mimowolnie coraz bardziej mi się otwierają ze zdziwienia. Tamtego dnia nastąpił znaczący przełom w moim życiu.



Aż do utraty głosu…
Po raz ostatni,
Aż do utraty głosu…
Niech rozbrzmiewa pieśń.



Tatsu jak mówił, tak i zrobił. Przychodził codziennie, aż nie wyszedłem ze szpitala, a potem bywał w moim domu. Zajmował się mną, rozmawiał, karmił i uczył na nowo funkcjonować. Często też słuchał jak płaczę w łazience, ale nigdy nie powiedział, że stał pod drzwiami. Nie musiał, bo ja to wiedziałem.

Nie wiem nawet, w którym momencie stał się najbliższą mi osobą. Po prostu był nią i tyle. On i Ayama. Choć Tatsu bardziej.

Kiedy został u mnie pierwszy raz na noc, bałem się trochę tego, że będzie świadkiem moich koszmarów, dlatego starałem się nie spać. Nie chciałem, żeby się dowiedział, ale niestety nie udało mi się wygrać ze zmęczeniem.

Gdy krzyczałem i się rzucałem, Tatsu przytulił mnie i zaczął uspokajać. Było mi głupio, kiedy wtulałem się w niego i opowiadałem jak bardzo nie chcę żyć, jak nie daję sobie rady, ale po jakimś czasie przestałem mieć opory. Opowiedziałem mu o wszystkim. O moim ojcu, o mojej miłości do Yosuke, którą musiałem ukrywać przed rodzicami, o moich planach na życie z nią i o tym, jak wyobrażałem sobie swoje samobójstwo. Powiedziałem mu, że długo nie wytrzymam w ten sposób, że po prostu sobie nie radzę.

- Tooru, ja przy tobie jestem. Ja chcę ci pomóc. Ja cię kocham odkąd tylko pierwszy raz minęliśmy się na korytarzu w szkole. Ale wiedziałem, że nie mam żadnych szans, dlatego czekałem. Wierz mi, że nigdy nie życzyłem Yosuke śmierci. Ani jej, ani waszemu dziecku. Gdybym mógł, to oddałbym życie za to, by ona wróciła i żebyś ty był szczęśliwy. Naprawdę. Zrobiłbym wszystko, co tylko bym mógł. – wyznał mi cichym, drżącym głosem, a ja momentalnie zesztywniałem w jego ramionach.

Nigdy nie sądziłem, że usłyszę od drugiego chłopaka takie słowa. Owszem, ojciec często mówił mi, kiedy mnie posuwał, że kocha, ale ja wiedziałem, że to było miłość do mojego ciała. Nie miłość do syna.

Podniosłem powoli głowę i spojrzałem w oczy Tatsurou, które błyszczały łzami. Powoli zbliżyłem się i pocałowałem go. Nie wiem sam dlaczego i chyba się nigdy nie dowiem. Po prostu to zrobiłem.

Tatsu odwzajemnił bardzo niepewnie i na tym skończyła się bliskość pomiędzy nami. Minęło dużo czasu od tamtej pory, kiedy pozwoliłem mu na coś podobnego.

Było to pod koniec mojej drugiej klasy. Miałem dodatkowy rok, jeśli chodzi o pierwszą klasę, gdyż mnie nie przepuścili. Może i miałem dobre wyniki przez większość roku, ale po śmierci Yosuke wszystko spadło. Dopiero pod koniec wziąłem się z powrotem za siebie, ale to było zbyt późno.

Nie przeszkadzało mi to ani trochę. Mogłem z powrotem na spokojnie opanować cały materiał, a Tatsu mi z tym pomagał, sam też dużo z tego wynosząc, przez co i jemu było łatwiej. Lubiłem się z nim uczyć.

Często chodziliśmy na spacer, a potem odprowadzał mnie do domu. Nigdy ja jego. Tłumaczył się tym, że traktuje mnie jak kogoś, kim się musi opiekować, przez co nie wyobraża sobie, żebym miał wracać sam. Podobało mi się to.

Tylko przy nim byłem spokojny i potrafiłem się uśmiechać. Kiedy Tatsu znikał, ja zamykałem się w łazience i okaleczałem. W ten sposób tłumaczyłem sobie, że mi łatwiej. Że kiedyś to się skończy i w końcu będzie wolny od tego uzależnienia, ale to wcale nie mijało. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej się pogłębiało.



Ilość potu i krwi jest zbyt wielka
Nie da się wytrzeć do czysta…



Musiałem chodzić z długimi rękawami, najlepiej w bluzach i uważać na to, by nikomu nie pokazać, a już na pewno nie Tatsurou. Nie chciałem go ranić ani tym bardziej pokazać mu, że nic dla mnie nie znaczy, bo znaczył bardzo wiele. Nie wyobrażałem sobie funkcjonowania na co dzień bez niego, ale moje uczucia nadal były skierowane wyłącznie do jednej osoby, której już nigdy nie zobaczę.

Niestety nastał dzień, w którym Tatsu odkrył moje ręce, moje świeże cięcia i blizny. Odkrył to wszystko, a wyraz jego twarzy mnie trochę przestraszył. Wyglądał, jakby miał się rozpaść na miliony kawałków. Jakby miał się przede mną wykrwawić. Widziałem, że cierpi.

Wtedy wstał z łóżka, na którym oboje leżeliśmy, spojrzał na mnie i pokręcił głową.

- A ja tak się starałem. Byłem na każde twoje zawołanie. Robiłem wszystko, co tylko chciałeś i stawałem na głowie, byś się uśmiechnął. A ty tak po prostu się okaleczałeś. Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę. Myślałem, że coś znaczę. Że coś znaczę dla ciebie, ale widzę, że jestem nic nieznaczącym elementem zbędnego tła, które cię otacza, czyż nie?

Chciałem coś odpowiedzieć, ale uniósł rękę, jakby kazał mi w ten sposób zamilknąć.

- Nic nie mów. Chyba bardziej boleć już nie może. Do widzenia, Tooru.

I wyszedł jak wtedy z pokoju szpitalnego, w którym leżałem, ale bez obietnicy powrotu. Tak naprawdę wiedziałem, że to już koniec. I nie zrobiłem nic, żeby to zatrzymać.

Do tej pory zastanawiam się, czy za jego sprawą zostałem rano wezwany do gabinetu dyrektorki, która wręczyła mi skierowanie na oddział psychiatryczny na okres sześciu miesięcy. Zagroziła również, że jeśli tam się nie udam, to już dzisiaj mogę zabrać papiery ze szkoły.

Spojrzałem na nią bez emocji, wziąłem skierowanie, podarłem je, zabrałem swoją teczkę i opuściłem jej gabinet. A potem szkołę.

Na odchodne odwróciłem się i ujrzałem w oknie Tatsu, który dotykał palcami szyby. Kiwnąłem mu jedynie głową i odszedłem w kierunku domu.



Zimne słońce zmienia się w inny kolor
Nie ukrywa blizn, tylko maluje inną porę roku
Jesteśmy ranieni, ranimy się nawzajem
A ludzie ukrywają swój ból
A jeśli spróbujemy wznieść się poza naszą fizyczność
W przyszłości nasze rany staną się pięknymi kwiatami
Drogocennymi wspomnieniami…



Jeszcze wieczorem wyprowadziłem się do ciotki do Tokio. Postanowiłem zacząć nowe życie.

Ciotka załatwiła mi u siebie pracę, dokładałem jej się do opłat i nie robiłem nic więcej. Nie chciałem wracać do szkoły, bo nie wyobrażałem sobie zajrzenia do książek. Nie, to był zamknięty rozdział mojego życia.

W jednym z barów poznałem Terachi’ego, który stał się moim dobrym i jedynym kumplem w Tokio. Spotykaliśmy się często, raz po pijaku pocałowaliśmy, ale nic więcej. Nie był w moim typie.
Pewnego dnia przyszedł do mnie i powiedział, że chce się zaczepić w pewnym dopiero co powstającym zespole i chce, żebym poszedł z nim na spotkanie. Wyśmiałem go, bo niby co miałbym tam takiego robić?

Shinya zmusił mnie, bym zaśpiewał. Zrobiłem to, a on był pod wrażeniem. Ja osobiście nie lubiłem nigdy swojego głosu, ale z tym facetem nie było przebacz. Jak już się uparł, to żeby miał rękoma i nogami, to wygra.

I tak trafiłem do baru, gdzie poznałem Daisuke Andou, Toshimasę Harę i Kaoru Niikurę. Wywarłem na nich dosyć silne wrażenie z racji tej, że byłem inny. Wyglądałem inaczej, groźniej. Miałem od zawsze pociągi do własnego, odrębnego stylu, ale dopiero w Tokio dałem temu powstać.

Musiałem przyznać, że przyciągało uwagę.

I tak powstał Dir en Grey. Zespół, któremu oddałem się w zupełności. Nie powiem, na początku wcale nie było łatwo, ale w końcu osiągnęliśmy to, czego chcieliśmy. Zaczęliśmy stawać się sławni, a dzięki temu, co sami stworzyliśmy, byliśmy rozpoznawalni.

Nasza sława zaczęła rozprzestrzeniać się na cały świat. Graliśmy, gdzie nas chcieli i zbijaliśmy na tym niezłą kasę. Szczerze powiedziawszy zespół stał się moją rodziną, której nigdy tak naprawdę nie miałem. Przed nimi nie musiałem udawać kogoś, kim nie jestem. Akceptowali mnie i wiedziałem, że nie pozwoliliby mi odejść.

Miałem tego dowód za każdym razem, gdy trafiałem do szpitala. Kaoru zawieszał działalność i siedział przy mnie, czekając, aż wszystko będzie dobrze. Za to byłem mu wdzięczny. Bo był.
Nie wiem sam, kiedy stał się dla mnie ważny. Kiedy pozwoliłem mu się do siebie zbliżyć i kiedy się zakochałem. Po prostu pewnego dnia obudziłem się i doszedłem do wniosku, że chcę z nim być.

Wsiadłem w samochód i gdy byłem przed drzwiami jego mieszkania, zacząłem się denerwować. 
Kaoru otworzył, spojrzał na mnie tak, jak tylko on potrafił i już wiedziałem, że niczego nie muszę się bać. Przytuliłem się do niego i poprosiłem, żeby mnie nie zostawiał już nigdy więcej.

Obiecał i obietnicy dotrzymuje do tej pory.



-Do Ciebie w granatowo niebieskim morzu-
Zamykam oczy, ponieważ wiem, że żyję…



Kiedy patrzę na swoje puste i mroczne mieszkanie wiem, że tak naprawdę jest pełne światła i szczęścia. Wstaję z łóżka i podnoszę rolety, a potem idę do kuchni, by zrobić sobie kawy. 

Kaoru wraca po blisko godzinie i od razu tłumaczy, gdzie był. Wiedziałem, że udał się do studia, bo miał jakieś sprawy do załatwienia. Przytakuję jedynie jego słowom, a on podchodzi i przytula mnie do siebie.

Odstawiam wtedy kubek i wtulam się w niego. Kaoru pachnie pięknie. Jest ciepły i pachnie domem. Pachnie odsłoniętymi roletami. Pachnie słońcem. Pachnie gorącą kąpielą, którą zapewne zaraz weźmiemy. Pachnie seksem, który będziemy uprawiać w wodzie pełnej wiśniowej piany i pachnie tym wszystkim, czym powinien pachnieć człowiek, którego kocham.

I gdybym miał wybierać, to niczego bym nie zmienił w swoim życiu. Ani tego, że ojciec robił sobie użytek z mojego ciała, ani tego, że straciłem ukochaną i dziecko, ani tego, że Tatsu o mało nie zamknął mnie w zakładzie psychiatrycznym. Nie żałuję, że się wyprowadziłem do ciotki, że poznałem Shinyę i że dałem się zaciągnąć na spotkanie.

Bo gdybym nie zrobił którejś z tych rzeczy, to nigdy nie odnalazłbym swojego sensu życia, którym jest Kaoru.

Mężczyzna, który nauczył mnie na nowo kochać.





Niekończąca się miłość
Przywiodła ze sobą spokojny sen…