7.05.2012

I will never be a memory.



Ten fanfic powstał dla osoby, która jest dla mnie bardzo ważna. Został stworzony dla niej i też jej zostaje dedykowany. Masaru, mój Synu, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Piosenka specjalnie też została użyta dla Ciebie, ponieważ wiem, jak bardzo lubisz Kowarete Iku Sekai. 






Ponieważ jest białe, jest powiedziane, że takim chce pozostać
Jest białe, jednak coś może sprawić, że się zabrudzi
Woda w małym naczyniu była krystalicznie czysta
Lecz powoli jej kolory zaczynały blaknąć

To ta ludzka niemoralność
Jedni ludzie blaknął przez innych
Planeta, na której żyjemy stała się wyblakła
Ludzie zaduszają się nawzajem

Jak opiszesz ten czas?
Kiedy drzewa zimno spoglądają na te budynki z wieżami?

Ziemia jest dotykana brudnymi rękoma.
Uprzejmość zniknęła, kwiaty więdną i umierają
I te ręce, bez serca
Mordują bez grzechu naszą przyszłość.


Jak co rano budziłem się, czując jak coś łaskocze mnie po nosie. Otwierałem wolno oczy i widziałem jego czerwone, rozsypane na poduszce włosy w kompletnym nieładzie. Prawie zawsze spał do mnie odwrócony tyłem, wtulając się w moją klatkę piersiową, a swoją zgrabną dupę ładował na moje kolana.

Kiedyś zapytałem go dlaczego właśnie w ten sposób zasypia i usłyszałem, że czuje się bezpieczniej, czując bicie mojego serca na swoich plecach. Zaśmiałem się wtedy jedynie i pokręciłem głową, nie komentując jego dziwnych zachowań.

Nie dało się jednak ukryć, że każde z nich kochałem na swój sposób i gdyby choć jednego zabrakło, to na pewno bym to odczuł. W końcu mieszkaliśmy ze sobą już ponad dwa lata, a prawie cztery byliśmy razem.

Tak naprawdę nie mogłem wymarzyć sobie lepszego życia. Miałem swój zespół, byliśmy sławni, bogaci i niemal niezniszczalni. Nikt ani nic nie było w stanie dotknąć nas w sposób, w jaki byśmy sobie tego nie życzyli.

Tak nam się przynajmniej wydawało.

Miałem przyjaciół, którzy byli mi jak rodzina, znałem wielu ważnych ludzi i przede wszystkim miałem Daisuke obok, a to przecież było najważniejsze.

Nie wyobrażałem sobie życia bez niego. Bez wiecznych sprzeczek o różne bzdury, które polubownie rozwiązywaliśmy w łóżku, o wspólne śniadania, obiady, kolacje, spacery, zakupy… Nie wyobrażałem sobie mojego życia bez niego w nim.

Nie umiałbym bez Die’a cokolwiek zrobić. Nawet głupie ubranie się byłoby trudnością, gdyż zawsze przeszkadzał mi w tym i kiedy mieliśmy więcej czasu, to sprawiał, że w połowie założone spodnie lądowały na podłodze wraz z bielizną i koszulą.

Nigdy nie dał mi się ubrać za pierwszym podejściem, ale czy miałem o to żal? Za nic w świecie. Wiedział doskonale, że byłem w stanie zrobić dla niego wszystko.

Tak leżąc w łóżku, patrząc na jego śpiącą twarz i w myślach powtarzając, jak bardzo go kocham, byłem najszczęśliwszym facetem na całym świecie. Bo miałem po co żyć.

- Nie dajesz mi spać tym gapieniem się. – mruknął zaspanym głosem, uchylając jedną powiekę i próbując rzucić mi pogardliwe spojrzenie.

- Wcale się nie gapię. – skłamałem, choć oboje wiedzieliśmy, jak było naprawdę.

Często irytował się, że potrafię siedzieć i po prostu się na niego patrzeć, zamiast podejść i przytulić. Wybacz, to było silniejsze ode mnie.

- Kogo ty chcesz oszukać, kretynie? – usłyszałem ponownie jego głos, tym razem spod kołdry, którą naciągnął sobie na głowę.

Nic nowego. Bardzo często tak robił, żeby mnie sprowokować. Nie trzeba było, prowokował mnie choćby tym, że odetchnął głębiej, a co dopiero udawaniem niedostępnego.

- Może liczę na to, że uda mi się oszukać drugiego kretyna? – odpowiedziałem, mimowolnie się uśmiechając.

- A gdzie on jest? Myślałem, że mieszkamy tylko we dwoje. Nie wspominałeś, że masz zmyślonych przyjaciół, Niikura. Aż tak samotny się czujesz?

Ach, jak ja uwielbiałem jak wymawiał moje nazwisko. Zawsze robił to w taki sposób, że włoski podnosiły mi się na karku i niemal mogłem dojść od samego jego głosu. Tylko i wyłącznie Daisuke tak właśnie na mnie działał.

Jednym szarpnięciem zdjąłem z jego głowy kołdrę, a kolejnym ściągnąłem ją z niego niemal do połowy, po czym podniosłem się, usiadłem na jego biodrach, kiedy to udawał niezadowolonego, ale nie wyrywał rąk z uścisku, gdy unieruchomiłem mu je nad głową. Patrzyłem w jego piękne, ciemne oczy, a ciśnienie mimowolnie rosło, skupiając się powoli na dolnej partii ciała.

- No proszę, szukasz sobie swojego wymyślonego przyjaciela na mnie? Sądzę, że już dawno stałem się kimś więcej dla ciebie, ale skoro jednak się myliłem… - wydął wargi, a ja już wiedziałem, że mnie pokonał.

Nachyliłem się i pocałowałem go mocno, wpychając mu od razu język do ust. Słysząc jego jęknięcie, poczułem się jakbym wygrał na loterii i do tego dostał gratis litr whisky.

Oj tak, był moim uzależnieniem.

Kiedy oderwałem się od jego ust, obaj dosyć głośno dyszeliśmy, patrząc na siebie inaczej niż to miało miejsce wcześniej, bo wtedy jeszcze nie byliśmy podnieceni.

Czułem jak jego sztywny członek wbija mi się w brzuch i to sprawiało, że stawałem się jeszcze twardszy. Tego ranka nie mieliśmy ochoty na pieszczoty. Od razu przeszliśmy do konkretów.

Wszedłem w niego bez przygotowania. Wiedziałem jak bardzo to lubi, więc nie oszczędziłem mu ani ruchów, ani tym bardziej siły z jaką to robiłem. Co jak co, ale rano zawsze miałem jej najwięcej.

Co prawda dla niego miałem ją za każdym razem, kiedy tylko chciał, ale najlepszy seks mieliśmy od razu po przebudzeniu. Było w tym coś dziwnego i nienormalnego, aczkolwiek kręciło mnie to cholernie.

Uniosłem się wraz z nim i usiadłem, obejmując go rękoma w pasie. Pozwoliłem mu dowodzić i robić, co tylko chce, a on to idealnie wykorzystywał, zaciskając na mnie mięśnie i unosząc się powoli, by chwilę potem z całą siłą opaść  i sprawić, że byłem bliski szaleństwa.

Jęczałem, tak naprawdę nie kontaktując z otoczeniem. Liczył się w tym momencie tylko Die, jego rozgrzane, spocone ciało, gorące i ciasne wnętrze oraz jęki, które z siebie wydawał.

Wiedziałem, że pod tym „och, Kaoru, och, taaak”, kryło się „zdominuj mnie, teraz”. Nie odmówiłem mu i tego, kładąc go na plecach, opierając ręce po obydwu stronach jego głowy i doprowadziłem niedługo po tym do końca.

Doszedł wcześniej niż ja. Zazwyczaj tak było. Przyzwyczaiłem się już do tej lepkiej spermy na moim brzuchu, z którą potem chodziłem aż do chwili kąpieli, jaką odbywaliśmy wspólnie.

Daisuke twierdził, że tak właśnie ma być, bo lubił patrzeć na ubrudzonego mnie i myśleć sobie, że należę tylko do niego. Kręciłem wtedy nosem, udając niezbyt zadowolonego, ale tak naprawdę czułem się wspaniale.

Bo byłem tylko jego. A on był mój. Już na zawsze.

Po wspólnym śniadaniu oraz kąpieli, podczas której znowu uprawialiśmy seks, pojechaliśmy do studia. Byliśmy w trakcie nagrania nowego singla, więc musiałem być przy wszystkim, co się tam działo, a Die jeździł mi towarzyszyć, ponieważ jego partie były już dopracowane.

Teraz gnębiłem Kyo, który co chwilę walił fochy, że go nie słucham i nie biorę jego słów do siebie. Ale co mogłem poradzić na to, że nie zawsze pasowało mi to, że się darł? I to niekoniecznie do mikrofonu, ale na mnie?

Byłem liderem, ale też i jego przyjacielem. Nie pozwolę sobie, by wyżywał się na mnie tylko dlatego, że z Toshiyą im się nie układa. Nie były to jakieś pieprzone „rozmowy w toku”, ale studio nagraniowe i chcąc czy nie chcąc musiał się wziąć do pracy.

Po trzech godzinach Daisuke powiedział, że musi jechać załatwić pewną sprawę i że zobaczymy się w domu. Nie chciałem, żeby jechał, ale skoro musiał, to nie mogłem go na siłę zatrzymywać.

Pożegnaliśmy się i wróciłem do Kyo, z którym potem długo rozmawiałem i który zwierzył mi się, że Toshiya go zdradził w ich własnym mieszkaniu. Nie mogłem w to uwierzyć, gdyż myślałem, iż basista świata poza swoim partnerem nie widzi, ale się myliłem.

Wyobraziłem sobie jak wracam do domu i widzę, jak ktoś posuwa mojego Die’a na stole w kuchni i niemal nie wybiegłem ze studia.

Kawa z Kyo przedłużyła się do dwudziestej. Wokalista chyba poczuł się lepiej po rozmowie ze mną, albo tak mi się jedynie wydawało. W każdym razie wyglądał inaczej niż w studiu, a to chyba było już coś, no nie?
Pożegnaliśmy się i czym prędzej pojechałem do domu, pragnąc przytulić moje kochanie i usłyszeć, że kocha tylko mnie.

W domu byłem jakieś dwadzieścia minut później. Nie było korków, a więc i dojazd był wygodniejszy.

Wbiegłem po schodach na górę i złapałem za klamkę, kiedy stanąłem przed drzwiami, ale były zamknięte, co niebywale mnie zdziwiło.

Wyciągnąłem klucze z kieszeni spodni, przekręciłem w zamku i wszedłem ostrożnie do środka. Światło paliło się w salonie.

Zapewne Die zasnął przed telewizorem, jak mu się często zdarzało.

Nie śpieszyłem się wcale. Zdjąłem buty, odwiesiłem skórę do szafy i dopiero wtedy skierowałem kroki do salonu, który okazał się pusty.

Odruchowo spojrzałem na stolik, gdzie obok laptopa leżała biała kartka. Byłem pewny, że niczego tam nie zostawiałem. Pośpiesznie wziąłem ją do ręki i zacząłem czytać.


Długo myślałem nad nami i doszedłem do wniosku, że to nie ma dalej sensu. Nie kocham Cię, Kaoru. Nic poza seksem mnie z Tobą nie łączyło.
Wiem, powinienem powiedzieć Ci o tym wcześniej, ale jakoś nie mogłem. Nie miałem też odwagi stanąć i powiedzieć Ci to wszystko prosto w twarz, więc zachowałem się jak tchórz i po prostu uciekłem.
Zabrałem swoje rzeczy z Twojego mieszkania i wyniosłem się daleko stąd. Nie szukaj mnie, bo i tak nie uda Ci się znaleźć. Znajdź kogoś do zespołu na moje miejsce i do swojego życia, bo nie chcę, żebyś był sam i się obwiniał.
To ze mną było coś nie tak, wybacz mi. Naprawdę chciałem Cię pokochać, ale mi się nie udało. Może kiedyś mi wybaczysz i bez nienawiści będziesz mnie wspominał, a może i nie.
Chciałbym jednak być kimś, kto dał Ci choć trochę szczęścia, a nie samo rozczarowanie i ból. Możesz wierzyć albo i nie, ale mi też nie jest łatwo. Jeszcze raz Cię przepraszam. 

Daisuke.”

Nie mogłem uwierzyć w słowa, które przelał na ten kawałek kartki. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, które sprawiły, że miałem możliwość to wszystko przeczytać. Nie wierzyłem w to, że dzieje się to naprawdę.

Z kartką w ręce zacząłem biegać po mieszkaniu i zaglądać w każde miejsce, gdzie Daisuke miał swoje rzeczy. To prawda, zabrał wszystko.

Nie zostawił nic, co mogłoby dać mi choć cień nadziei i wiary w jego powrót.
Rozejrzałem się po pustym mieszkaniu i poczułem, jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Jak wewnętrznie zaczynam słabnąć i rozsypywać się na kawałki.

Przecież mówił, że mnie kocha w taki sposób, że… Że ja w to wierzyłem.
Ledwo znalazłem się na kanapie, po drodze biorąc butelkę whisky i otworzyłem ją. Pociągnąłem kilka porządnych łyków, po czym kaszlnąłem i spojrzałem z powrotem na kartkę, którą nadal trzymałem w dłoni.

Na kartkę, która była listem. Listem pożegnalnym. Od niego.

Spiłem się wtedy, będąc w tak wielkiej rozpaczy, w jakiej chyba nie byłem nigdy wcześniej. Nie, na pewno nie byłem, bo nikogo nigdy nie kochałem tak bardzo, jak jego.

Dla mnie życie się skończyło. Tak samo jak rozładowana bateria w moim telefonie sprawiła, że nie było ze mną kontaktu. To tak trochę jakbym przestał istnieć.

Piłem bardzo dużo, bo chciałem zakłócić ból, ale to niczego nie zmieniało. Jeszcze głośniej płakałem, wołałem go, a potem zasypiałem, by spotkać się z nim we śnie.

Kiedy się budziłem, od razu łapałem za butelkę. Bo przecież musiałem uśmierzyć ból. Choć na chwilę.

Pierwszą osobą, która zobaczyła mnie w stanie kompletnej ruiny był właśnie Kyo. Przyjechał, by się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Widziałem szok w jego oczach.

Na pewno nie spodziewał się, że zastanie mnie takiego. Ja też nie spodziewałem się, że moje dotychczasowe życie było kłamliwą iluzją.

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile Kyo walczył ze mną, żebym zgodził się wstać i iść do łazienki. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu zajęło mu umycie mnie, ubranie w świeżą koszulkę oraz bokserki, nakarmienie mnie i zaciągnięcie do łóżka, bym się położył.

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Dni i noce zlewały mi się w jedno, a jakakolwiek forma czasu przestała mieć znaczenie.

Kyo powiedział, że ponad tydzień próbował się ze mną skontaktować i że komórka Daisuke nie odpowiada. Że chyba zmienił numer.

Kazałem mu iść do salonu i wziąć stamtąd list, który najprawdopodobniej leżał na kanapie. Mimo tego, że były tam słowa, które torturowały moje pęknięte serce i rozszarpaną duszę, to miałem ją przy sobie, bo dawała mi dowód, że Daisuke nie był moim wyobrażeniem.

Że naprawdę mieszkaliśmy ze sobą i że chciałem spędzić z nim resztę życia. Że na dniach chciałem się oświadczyć…

Kyo po przeczytaniu jedynie spojrzał na mnie i pokręcił głową, jakby nie wierzył swoim oczom tak, jak i ja swoim nie wierzyłem za pierwszym razem. Ale skoro on widział to samo, to jednak nie mogłem sobie tego jedynie wyobrazić.

- Kaoru, nie możesz tak… Musimy jakoś cię podnieść. Coś zrobić. – odezwał się w końcu Kyo, a ja jedynie bardziej wcisnąłem twarz w poduszkę.

- Słyszysz mnie? Nie możesz siedzieć wciąż w domu i użalać się nad tym, co się stało. Nie możesz…

- A kim ty jesteś, żeby mi mówić co mogę, a czego nie?! Kim ty, kurwa, jesteś, co Nishimura? Gdybyś był taki idealny, to Hara nie wydymałby kogoś innego w waszym własnym mieszkaniu! – wydarłem się, patrząc na niego ze złością.

Widziałem jego szeroko otwarte oczy, w których pojawił się ból. Widziałem jego wyraz twarzy. Widziałem jak wstaje z łóżka, odkłada na stolik list od Daisuke i wychodzi bez słowa.

Uderzyłem w niego i czułem satysfakcję. Nie byłem jedynym, który cierpiał.

Kiedy usłyszałem trzask zamykanych drzwi, moja chora radość zniknęła. Przekręciłem się na plecy i spojrzałem w sufit, czując pustkę w środku. W takich właśnie momentach chciałem umrzeć.


- Będziemy ze sobą do końca, prawda, Kaoru?

- Oczywiście, Kochanie.

- A będziesz nadal, kiedy się obudzę?

- Nigdy cię nie zostawię samego. Nie bój się.

- Kaoś..?

- Tak?

- Dziękuję.


Kyo przyszedł ponownie jakieś dwa tygodnie później. Przeprosił mnie i stwierdził, że razem się podniesiemy. Na początku się stawiałem, ale z czasem spuściłem z tonu i nie powiem, że od razu zrobiło się lepiej, ale przynajmniej rzadziej myślałem o tym, na ile sposobów mogę zabić tego wrednego kurdupla.

Obecnie jedliśmy kolację, którą zrobiliśmy razem. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a ja sobie uświadomiłem, że obecność wokalisty stała się dla mnie niemalże codziennością. Wiedziałem, że rozszedł się z Harą, ale nie widziałem jak reagują na siebie, gdy się widzą, ponieważ działalność zespołu została zawieszona na czas nieokreślony, jednakże coraz częściej zastanawiałem się nad powrotem do życia z większą ilością osób w nim.

To byłby już znaczący krok, choć nie powiem, samo to, że potrafiłem się ubrać bez rozpłakania się w trakcie, to był swojego rodzaju sukces. Wcześniej miałem choćby problem z założeniem spodni.

Nim zjawiłem się w studiu minęły blisko trzy tygodnie. Chłopaki na mój widok zrobili zdziwione miny, nie wiedząc jak mają się zachować. Wyjaśniłem im, że nic się nie zmieniło i że nasz menadżer dał ogłoszenie na miejsce Daisuke.

Musiałem bardzo dobrze grać, by nie zauważyli, jak bardzo bolało mnie mówienie o byłym gitarzyście Dir en Grey.

Przybrałem maskę chłodnego, obojętnego lidera, pozwalając sobie jedynie w domu na emocje w obecności Kyo, który stał się jedyną osobą, która widywała prawdziwego Kaoru. Nie wiem, czy gdyby mnie zostawił, to czy dałbym radę stać twardo na nogach. Może kiedyś będę potrafił, ale na pewno nie teraz.

Nie wyobrażałem sobie spotykania się z innymi facetami, więc nawet nie próbowałem tego robić, bo wiem, że na żadnym bym się nie pokazał. Nie chciałem, nie mogłem, moje uczucia nadal należały wyłącznie do Daisuke.

Czy tego chciałem, czy też nie.

Mijały dni, które przemieniały się w tygodnie, one natomiast w miesiące, aż wreszcie minął rok. Byłem w o wiele większym stopniu sobą, jednak nadal czułem ból na myśl o tym, co miało miejsce przez ostatnie cztery lata mojego życia.

Na myśl o tym, jak bardzo byłem szczęśliwy przy czerwonowłosym mężczyźnie, który zostanie do końca mojego marnego życia jedyną miłością i największym marzeniem, jakie mogłem kiedykolwiek mieć.

Znaleźliśmy nowego gitarzystę, ale nie dorównywał zdolnościami swojemu poprzednikowi, jednakże starał się i to się dla nas liczyło. Poza tym był sympatyczny i bez słowa sprzeciwu wykonywał to, o co został poproszony.

W żadnym razie nie przypominał Daisuke.

Wróciłem właśnie do domu. Było po dwudziestej. Nie znosiłem tej godziny. 

Poszedłem od razu do kuchni z zamiarem zrobienia sobie kawy. Potrzebowałem takiej czarnej i mocnej, gdyż miałem dużo papierkowej roboty, którą na jutro musiałem skończyć.

Gdy zaczął dzwonić telefon, wziąłem go do ręki i odebrałem, nie patrząc nawet na wyświetlacz.

- Dobry wieczór, Kaoru. – usłyszałem głos starszej kobiety w słuchawce i zacząłem się zastanawiać, kim ona mogła być.

- Dobry wieczór. – odpowiedziałem suchym tonem, którego prawie zawsze używałem.

- Możesz mnie nie pamiętać, mój chłopcze. Jestem mamą Masaru. I dzwonię do ciebie w jego imieniu.

Zesztywniałem. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Zacisnąłem palce na blacie stołu, czując, że robi mi się słabo. Odetchnąłem parę razy, nie wiedząc, co mógłbym odpowiedzieć.

- Wiem, że na pewno jesteś zdziwiony, ale Masaru prosił mnie, abym zadzwoniła do ciebie i poprosiła, byś przyjechał do nas jutro. Wiem, że zniknął bez słowa i masz do niego żal, ale kiedy przyjedziesz, to dowiesz się, dlaczego tak postąpił. Ja naprawdę…

- Niech mnie pani posłucha. Nie interesuje mnie to, dlaczego Die chce się ze mną widzieć. Zostawił nas wszystkich ponad rok temu. Przestał już istnieć w moim życiu, więc proszę przekazać mu, że mam głęboko w dupie to, co on chce mi powiedzieć. – warknąłem, przerywając kobiecie.

Czułem, że złość zaczyna brać górę nad rozsądkiem i zapewne byłoby mi wstyd, że w taki sposób rozmawiam z kimś dużo starszym od siebie, ale nie potrafiłem nad sobą panować. Nie teraz, kiedy miałem wrażenie, jakby wszystko stało się parę godzin temu, a cała praca nad „powrotem do życia” poszła się najzwyczajniej jebać w krzaki.

- Synu, jeśli byś jednak zmienił zdanie, to wiesz gdzie jest mój rodzinny dom. Będziemy czekali na ciebie. – powiedziała miłym tonem głosu, a ja niemalże widziałem jej dobroduszny uśmiech na starej, pomarszczonej twarzy.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, sygnał zakończonego połączenia dał mi do zrozumienia, że przegrałem.

Nie spałem całą noc i większość dnia nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Nie chciałem dać im za wygraną. Nie chciałem jechać, ale nim się obejrzałem, siedziałem w samochodzie i jechałem w kierunku Prefektury Mie, gdzie urodził się Die.

Po drodze kupiłem kawałek ciasta, żeby nie zjawić się z pustymi rękoma, bo nie byłoby to kulturalne. Tak naprawdę nie wiedziałem jak mam się zachować, ale już postanowiłem.

Chciałem wiedzieć, dlaczego…

Zjawiłem się na miejscu godzinę później. Zaparkowałem przed dużym, starym domem i wyszedłem z auta, starając się iść obojętnym krokiem, choć tak naprawdę nogi się pode mną uginały. Nie wierzyłem w to, co się działo.

Zadzwoniłem do drzwi, w których chwilę później stanęła mama Daisuke. Postarzała się od ostatniego razu, gdy ją widziałem. Nawet nie pamiętam, kiedy to było.

Ucałowała mnie na powitanie, wzięła ode mnie ciasto i zaproponowała, że zrobi mi kawy. Spędziłem z nią gdzieś z godzinę, rozmawiając tak bardzo ogólnie, trzymając w dłoni filiżankę z parującym napojem. Byłem zdziwiony, że Die się nie pojawił, ale nie chciałem poruszać tej sprawy.

Jego matka chyba jednak to wyczuła. Położyła mi dłoń na udzie i uśmiechnęła się dobrodusznie.

- Czeka na ciebie na górze, kochanie. Tylko proszę cię, spróbuj choć trochę go zrozumieć, zanim pozwolisz, by złe emocje wzięły nad tobą górę. – powiedziała z miłym, sympatycznym uśmiechem, po czym wskazała mi schody, które doskonale wiem, gdzie były.

Spędziłem tutaj miesiąc wakacji z Daisuke, kiedy jego matka była w sanatorium. Kochaliśmy się chyba w każdym miejscu tego domu, po którym ciężko mi było się poruszać bez wspomnień. 

Podziękowałem za kawę i wolno ruszyłem w stronę pokoju jej syna. Czułem, że ręce mi drżą, ale nie mogłem się wycofać. Nie teraz, kiedy klamkę miałem w zasięgu ręki.

Nacisnąłem na nią i wszedłem do środka.

Pokój był na wpół oświetlony. Ciemna sylwetka Daisuke siedziała na parapecie, a on sam nie zwrócił praktycznie na mnie uwagi. Zastanawiałem się, czy nie śpi, ale wtedy usłyszałem jego cichy głos, mówiący o tym, bym zamknął drzwi.

Zrobiłem to i podszedłem do fotela, który stał niedaleko. Usiadłem, ułożyłem dłonie na kolanach i czekałem, nie mając odwagi się odezwać.

Cisza ciągnęła się w nieskończoność i kiedy już chciałem powiedzieć, że nie mam czasu i muszę wracać, Daisuke poruszył ręką, jakby urywał mi w połowie zdania, ale przecież milczałem…

- Długo zastanawiałem się nad tym, czy poprosić matkę, żeby do ciebie zadzwoniła. Wiedziałem doskonale, że rozłączyłbyś się, gdy tylko usłyszałbyś mój głos w słuchawce. Nie dziwię ci się, w końcu po tym, co zrobiłem i tak jestem zaskoczony twoim przyjazdem. Ja chyba nie chciałbym siebie widzieć na twoim miejscu. – odezwał się w końcu, a jego głos był cichy i jakby zmęczony.

Brzmiał o wiele inaczej, niż go zapamiętałem.

-Wiesz, chciałem…

- Zaczekaj, chcę ci najpierw wszystko wyjaśnić. – przerwał mi, a kiedy kiwnąłem jedynie głową, odetchnął głębiej, nadal siedząc plecami do mnie. – Tak naprawdę nie chciałem odejść w ten sposób. Nie chciałem zostawić po sobie jedynie kartki z krótkimi wyjaśnieniami. Chciałem zachować się jak mężczyzna, ale wiem, że bym nie potrafił. Nie mógłbym stanąć przed tobą i powiedzieć ci tego wszystkiego. Nie mógłbym, bo…

- Zdajesz sobie sprawę jak się poczułem? – nie wytrzymałem dłużej, musiałem się wtrącić.

Wstałem i zrobiłem parę kroków w jego kierunku, zatrzymując się za jego plecami. Patrzyłem na nie i miałem wrażenie, że coś jest bardzo nie tak, aczkolwiek nie wiedziałem co takiego. Czułem, jak złość i gniew zaczynają brać nade mną górę.

- Czytając, że nigdy mnie nie kochałeś, miałem wrażenie, jakbyś własnoręcznie wyciągnął moje serce z klatki piersiowej i zaczął je rozdzierać na kilkanaście kawałków, rozrzucając je po całym mieszkaniu, śmiejąc się przy tym histerycznie. Wyobrażasz sobie ile czasu zajęło mi stanięcie na nogi? Ile razy Kyo musiał mi pomagać się choćby umyć, bo ja pragnąłem umrzeć we własnym łóżku? W naszym łóżku, w którym tyle razy budziłem się przy twoim boku? Gdzie zasypiałem, przytulając cię do siebie? Gdzie się z tobą kochałem za każdym razem, kiedy tylko chciałeś? Wiesz ile mnie to kosztowało pracy, bo tobie znudziła się zabawa? – wyrzuciłem z siebie wszystko, zaciskając mocno dłonie w pięści ze złością, która roznosiła mnie od środka.

- Nie było to dla mnie zabawą…

- No jasne, przecież ty mnie jedynie nie kochałeś, dlatego odszedłeś, czyż nie? Bo znudził ci się mój fiut w twojej dupie i zapragnąłeś nowego, co nie?! – krzyknąłem, gdyż nie mogłem już wytrzymać napięcia, które we mnie rosło do niemożliwych rozmiarów.

Nie odezwał się po tym długo, a ja czułem się coraz bardziej jak idiota, jednakże nie zamierzałem go przepraszać. O na pewno nie.

Kiedy w końcu się odwrócił bokiem, zauważyłem, że jest o wiele szczuplejszy, aniżeli to zapamiętałem. Wyglądał o wiele gorzej niż wtedy, gdy wpadł w anoreksję. Nie wiem, dlaczego, ale coś ścisnęło mi wnętrzności.

- Nie zapragnąłem innego fiuta ani też innego faceta. – powiedział jeszcze bardziej zmęczonym głosem, po czym odwrócił się wreszcie przodem, a mnie coś aż szarpnęło. – Odszedłem, ponieważ dowiedziałem się, że mam raka i nie chciałem, żebyś patrzył jak umieram. Nigdy nie przestałem cię kochać. Nigdy nawet nie pomyślałem o tym, że mógłbym to zrobić, ponieważ byłeś, jesteś i będziesz jedyną miłością mojego życia, Kaoru. Moim sensem. Moim pragnieniem i moim marzeniem. Byłeś kimś, przy kim chciałem spędzić swoje życie, dlatego poprosiłem matkę, by do ciebie zadzwoniła. Lekarz powiedział, że zostało mi ostatnie paręnaście godzin. A ja chciałbym spędzić je z tobą. Chciałbym oddać ci resztę mojego nędznego życia. Chciałbym… - głos mu się załamał, a ja nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.

Gardło mi się zacisnęło, w głowie mi szumiało, a serce bolało tak bardzo, że nie mogłem stwierdzić, czy faktycznie nie pękło.

Zrobiłem parę kroków w stronę, gdzie siedział mój Daisuke i po prostu go przytuliłem. Czułem, jak słabo się we mnie wtula i zaczyna płakać, a ja płakałem razem z nim. Nie byłem w stanie zachować się inaczej.

Miałem wrażenie, że obejmuję same kości. Die był tak przerażająco chudy, że zacząłem się bać, iż mógłbym zrobić mu krzywdę.

- Przepraszam, Kaoru. Tak bardzo cię przepraszam… - szepnął jakiś czas później zachrypniętym głosem, a ja jedynie pokręciłem głową i wziąłem jego wychudzone ciało na ręce.

Zaniosłem go na łóżko, usiadłem, mając na kolanach tę drobną istotę i tuliłem do siebie jak największy skarb, jaki tylko mogłem znaleźć na tym bezlitosnym świecie. W głowie miałem pustkę, a w środku bolało tak bardzo…

- Chciałbym się z tobą kochać. Chciałbym po raz ostatni być tylko twój. Chciałbym poczuć się tak, jakby ten rok nie miał miejsca, a my dalej bylibyśmy w naszym mieszkaniu. Szczęśliwi. – poprosił mnie, a ja bez słowa sprzeciwu się zgodziłem.

Wiedziałem, że nie mógłbym mu odmówić, bo dla niego nadal jestem w stanie zrobić wszystko.

Położyłem go powoli na łóżko, rozebrałem, a on zakrył się, mówiąc, iż nie chce, bym się brzydził jego ciałem. Pogłaskałem go po policzku i powiedziałem, że bez względu jakby nie wyglądał, to kocham go i nigdy się to nie zmieni.

Wtedy odsłonił się, a ja poczułem jeszcze większy ból. Wyglądał jak szkielet jedynie naciągnięty skórą. Zero mięśni, zero tkanki tłuszczowej, zero konkretnego ciała.

Tylko skóra i kości.

Ale nie brzydziłem się nim, ponieważ był moim Daisuke Andou. Moją największą miłością, którą pozostanie na całe moje życie. Tego byłem pewien.

Całowałem każdy fragment jego ciała, pieściłem i kochałem dotykiem wszystkie miejsca, które znałem na pamięć. Znałem całe ciało mojego ukochanego, jego odruchy, sprawiłem, że jego oddech przyśpieszył, by z czasem przerodzić się w ciche westchnienia i jęki, które bardzo szybko mnie podnieciły, ale nie chciałem tego jeszcze robić.

Obecnie liczyłeś się tylko i wyłącznie on. Nie ja.

Rozgrzewałem go bardzo długo i dopiero wtedy, kiedy zaczął mnie prosić, wszedłem w niego powoli i delikatnie, wiedząc o tym, że przecież minęło tak dużo czasu, odkąd my ostatnio…

- Mocniej, proszę… - szepnął zachrypniętym głosem, a ja bez słowa sprzeciwu zacząłem brać go mocniej i szybciej, tak naprawdę nie chcąc zmuszać go do jakiegokolwiek wysiłku w tym stanie, ale on nie chciał być bierny.

Chwilę później siedział na mnie i poruszał się w górę i w dół, jęcząc mi coraz głośniej do ucha, a ja znowu zapomniałem o całym świecie, jaki mnie otaczał. Liczyłeś się jedynie mój Daisuke i to, że oboje byliśmy coraz bliżej szczytu.

Chyba po raz pierwszy w życiu udało nam się osiągnąć go razem.

Nadzy położyliśmy się do łóżka, on przytulił się do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim.

Pytał mnie o zespół, o tym, co u Kyo i Toshiyi, jak Shinya i jego żona, no i czy nowy gitarzysta jest choć w małym stopniu tak dobry, jak on.

Śmieliśmy się razem, wspominając stare czasy, nasze wzloty i upadki, gorsze i lepsze dni, usilnie starając się nie poruszać tematów, które sprawiają ból, choć obaj wiedzieliśmy, że i na nie przyjdzie czas.

Gdy zaczęło świtać, wziął mnie za rękę i spojrzał mi w oczy.

- Kiedy umrę, chciałbym, żebyś zajrzał do drugiej szuflady. Jest tam list, który dla ciebie napisałem oraz wisiorek, który chciałbym, żebyś wziął i go po prostu miał. Wiem, że będzie ci ciężko, ale wierzę, że dasz sobie radę beze mnie. I pamiętaj, że nigdy nie przestanę cię kochać.

- Ale…

- Kaoś, proszę cię. To dla mnie bardzo ważne. Chcę, żebyś nigdy nie zapomniał, że istniałem, bo wtedy umierałbym każdego dnia, bliski szaleństwa. Chociaż… Nie wiem, czy tam po drugiej stronie, gdzie będę, można umrzeć raz jeszcze. Choć wewnętrznie można umierać całe życie, więc…

Przerwałem mu, zamykając jego usta pocałunkiem. Nie mogłem wytrzymać emocji, które szalały we mnie na samą myśl, że niedługo go stracę, tuż po tym, jak go odzyskałem. Mimo wszystko nie docierało to do mnie nadal.

Daisuke objął mnie rękoma za szyję i odwzajemnił pocałunek, wzdychając cicho w moje usta. Nie trzeba było nam wiele, byśmy znowu zaczęli się kochać, ale tym razem bez pośpiechu, bez żadnej formy agresji.

Brałem go wolno, niemal delikatnie, wchodząc w niego do samego końca. Szeptałem mu, jak bardzo go kocham, jak szczęśliwy jestem przy nim, jak bardzo chciałbym, żebyśmy przeżyli nasze życia razem.

Odpowiadał mi, że oddaje mi swoje ostatnie chwile, że nigdy nie przestał mnie kochać i że zawsze będzie przy mnie, choć nie będę mógł go dostrzec.

Bolało.

Tym razem doszedł pierwszy, a ja niedługo po nim. Poprosił mnie, bym nie wychodził z niego jeszcze, bym pozwolił mu poczuć się jedynie moją własnością. Boże, jak bardzo chciałbym, żeby czas się cofnął, Daisuke nigdy nie odszedł ode mnie.

Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Czułem jedynie, jak Die się przekręca i wtula we mnie, ale przodem.

Nigdy tak przecież nie spał, więc tym bardziej mnie to zdziwiło, ale nie dałem rady otworzyć oczu i go zapytać.

Zasnąłem z jego dotykiem chłodnych palców na swoim policzku…


Pomimo upływu lat ja nadal czuję ten dotyk, kiedy kładę się do łóżka i powoli zasypiam. Czuję się jak wtedy, kiedy przeżyłem ostatnie godziny życia Daisuke wraz z nim.

Do tej pory wiele razy siadam wieczorem na kanapie i biorę do ręki kopertę, w której mój czerwonowłosy zostawił dla mnie list. Za pierwszym razem, gdy go czytałem, miało to miejsce tydzień po jego pogrzebie.

Jakoś wcześniej nie mogłem się w sobie zebrać, by go otworzyć.


Drogi Kaoru

Jeśli czytasz to, co jest tutaj napisane, to znaczy, że już nie żyję. Dziwnie pisać o sobie w formie kogoś, kto jest martwy, bo mimo wszystko siedzę na tym twardym krześle, czuję jak mój kościsty tyłek wbija się w drewno, a oddech mam nierówny i boli mnie głowa.
Dziwne, ale prawdziwe, bo wiem, że nie ma już dla mnie ratunku.
Wiem, że na pewno masz do mnie żal o wszystko po kolei, ale postaraj się mnie zrozumieć. Nie chciałem, żebyś oglądał to, jak z dnia na dzień umieram, jak wymykam się z Twoich rąk i jak bardzo boli mnie Twój troskliwy wzrok, którym na pewno byś na mnie patrzył.
Byłem tchórzem, Kaoru, ale nie potrafiłem inaczej. Myślałem, że jak Cię zranię, to Ty mnie znienawidzisz i moja śmierć przyniesie Ci radość, jednak wiem, że się myliłem. Wiesz, że przez cały ten rok siedziałem całymi dniami na tym pieprzonym parapecie i patrzyłem w okno z nadzieją, że w końcu może Cię ujrzę na podjeździe?
Że zaparkujesz swoje wiśniowe auto i wyjdziesz z niego tym dumnym krokiem, jakim tylko Ty chodziłeś?
Uwielbiałem na Ciebie wtedy patrzeć. Byłeś piękny i zawsze będziesz. Dla mnie jesteś najpiękniejszym mężczyzną na całym świecie. A świadomość, że mogłem być Twój przez ponad cztery lata sprawiła, że byłem najszczęśliwszym facetem, wiesz?
Poprosiłem moją matkę, by zadzwoniła do Ciebie. Wiem, że umrę niebawem, dlatego chciałbym spędzić z Tobą ten czas, który mi pozostał i w głębi siebie wiem, że się zjawisz. Ale wiesz, że ja nie mogę już dłużej czekać?
Wyjrzałem właśnie przez okno, bo w moich szybach odbił się blask świateł. Widzę Ciebie, Kaoru. Widzę Ciebie i Twoje zdenerwowanie. Po czym to poznaję? Właśnie po Twoim kroku.
Jest zbyt sztywny i zbyt bardzo próbujesz udać, że nic się nie dzieje. Mnie nie oszukasz, Kochanie. Ja uczyłem się Ciebie przez tak długi czas…
Świadomość, że jesteś na dole, sprawia, że kręci mi się w głowie, a ręce niemiłosiernie się pocą. Denerwuję się. Boję się panicznie, że stwierdzisz, iż nie chcesz mnie widzieć i wyjdziesz. Boję się tego tak bardzo, że właśnie zaczynam płakać.
Ja, Daisuke Andou, płacze ze zdenerwowania i paniki. Nie widziałeś mnie jeszcze takiego, prawda? Nigdy nie chciałem, byś widział mnie złamanego. Zawsze starałem się być dumny w Twoich oczach i chyba tak bardzo nie nawaliłem, prawda?
Słyszę, jak idziesz po schodach. Słyszę, jak powoli Twoje buty uderzają o kolejny drewniany stopień. Zaraz otworzysz drzwi i zobaczysz, czym się stałem przez ten rok, gdy czekałem na Ciebie.
Mam nadzieję, że mnie przytulisz. Bardzo tego potrzebuję.
Tęsknię za Twym ciepłem, za oddechem, za wszystkim, czym jesteś, Kaoru, więc pozwól mi choć tego wieczora być szczęśliwym i pozwolić mi powiedzieć, jak bardzo Cię kocham.
Stoisz przed drzwiami i naciskasz ostrożnie klamkę. Widzę odbicie Twojej sylwetki w szybie. Tak dużo czasu minęło od naszego poprzedniego spotkania.
Kaoru? Proszę, zostań. Proszę, kochaj mnie. Proszę, błagam Cię, nigdy nie zapominaj, że jesteś wszystkim tym, czego pragnąłem od życia.
Jesteś moim wymarzonym Księciem. Proszę, nie odchodź…

Twój na zawsze, Daisuke Andou.


Często stoję na balkonie, trzymam w palcach wisiorek, który mi zostawił na pamiątkę i patrzę w gwiazdy, rozmyślając o tym, czy kiedy w końcu się zobaczymy, to czy nadal będzie mnie tak mocno kochał. Ja nigdy nie przestałem i będę z tym trwał, gdyż Die jest tym jedynym, z którym pragnę być.

Już nie płaczę, już nie cierpię tak bardzo, jak po jego śmierci, ponieważ nauczyłem się z tym jakoś funkcjonować. Oczywistym było dla mnie to, że do końca zostanę sam, ponieważ nie urodził się taki mój drugi Daisuke i nawet nie chciałbym, żeby się urodził, gdyż mój jedyny czekał, aż moje życie tutaj na ziemi dobiegnie końca i znowu będziemy mogli być razem.

Na całą wieczność i jeden dzień dłużej.


To ta ludzka niemoralność
Jedni ludzie blaknął przez innych
Planeta, na której żyjemy stała się wyblakła
Rozpada się świat...

Czy obraz naszej cywilizacji jest obrazem jakiego chcemy?
Z powodu wojny pomiędzy egoistami
To nie płynęła krew, ale łzy naszej planety
Ziemia narodziła się biliony lat temu
Nasze życie to tylko kilka sekund w porównaniu do istnienia Ziemi
Zrobiliśmy coś, czego nie można naprawić
Nie wykorzystaliśmy swojego życia, aby pomóc Ziemi
Jednak poznaliśmy jej nieskalaną miłość

Koniec jest blisko, ale nie lękaj się, wciąż potrafię Cię kochać.